O tym się mówi

Nowa rubryka która powstała na naszej stronie to odpowiedź na potrzebę natychmiastowej reakcji na nadzwyczajnie dynamiczny charakter zwrotów w polityce uprawianej przez nasz rząd. Na wstępie dokonamy krótkiego przypomnienia pasma nieustannych “ sukcesów” rządów PO /PSL.

WYKLĘTA POWSTAŃ LEWICO POLSKA

Deklaracja Programowa PRL

Założenia 2 PRL 22.10.2019r

Deklaracja Czł. PRL

Deklaracja Czł. wspierającego PRL

Deklaracja-Symp-PRL

dr Maciej Kijowski

"Tak umarła polska polityka morska. Smutna wiosna na Wybrzeżu"

Pamięci prof. dr. inż. Jerzego Olszewskiego, członka Polskiej Partii Socjalistycznej (1946-1948), ministra handlu zagranicznego i gospodarki morskiej (1974-1980), który 22 maja 1981 r. zastrzelił się w obronie sponiewieranej godności. Nikt do dzisiaj nie odpowiedział za doprowadzenie go do samobójczej śmierci.

 

Druga i trzecia dekada kwietnia 2019 r. przeszły pod znakiem konfliktów społecznych (ze strajkiem nauczycieli na czele), coraz brutalniejszej kampanii wyborczej, zmiennej pogody za oknem, że o pogodzie ducha nie wspomnę. Medialny mainstream nie zauważył w pogoni za sensacją, że rachityczna i dogorywająca polska polityka morska dokonała w tych dniach swego żywota. Oto moja, tyleż prywatna, co gorzka kronika sięgnięcia przez nią poziomu, który można określić jako „dno dna”.

10 kwietnia zmarł w wieku 96 lat najstarszy polski Admirał – kontradm. w st. spocz. Hieronim Henryk Pietraszkiewicz. Urodzony 14 grudnia 1922 r.[1] w folwarku Woronowo II na Wileńszczyźnie, ukończył w roku 1939 gimnazjum w Dziśnie. W lipcu 1944 r. zmobilizowany do Armii Czerwonej, skąd 15 września skierowany do Wojska Polskiego: w szeregach 4 Dywizji Piechoty im. płk. J. Kilińskiego ukończył szkołę podoficerską i frontowy kurs oficerów polityczno-wychowawczych oraz przeszedł cały bojowy szlak z wyzwoleniem Warszawy, walkami o Kołobrzeg, forsowaniem Odry, operacją berlińską i walkami nad Łabą. W latach 1946-1949 kształcił się w Oficerskiej Szkole Marynarki Wojennej w Gdyni, którą ukończył jako kapitan marynarki z I lokatą. Był kolejno dowódcą ORP „Sprawny” oraz zastępcą dowódcy i dowódcą ORP „Sęp”, a od 1954 r., już jako komandor podporucznik, szefem sztabu dywizjonu okrętów podwodnych. Uczył się na Wyższym Kursie Akademickim w Akademii MW ZSRR w Leningradzie, Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku (magister historii) i ponownie w Wyższej Szkole MW na gdyńskim Oksywiu (inżynier nawigator). W latach 1956-1966 dowódca: 1 Brygady Okrętów Podwodnych, 1966-1969 9 Flotylli Obrony Wybrzeża, w 1969 r. komendant WSMW w Gdyni. Od 1969 do 1983 zastępca dowódcy MW, przy czym w latach 1969-1979 równolegle szef sztabu MW. Kontradmirał od 9 października 1968 r., w latach 1982-1986 prezes Ligi Morskiej[2]. To tylko suche biograficzne fakty, choć i tak streszczające bogate, twórcze, odważne życie. Pewnie i liczne ordery i odznaczenia czy doktorat honoris causa macierzystej AMW wiele mówią o Admirale, ale nade wszystko świadectwa ludzi, którzy znali go i jako Autorytet i jako ciepłego, serdecznego, przyjaznego Człowieka[3], wreszcie słowa samego Zmarłego, który mawiał: „to wojna uczyniła mnie żołnierzem”[4]. Ilu jest jeszcze polskich oficerów, którzy mogliby powiedzieć o sobie to właśnie? A ilu boi się to powiedzieć pod rządami dyktatora gotowego potraktować ich jako zdrajców przebranych dla niepoznaki w polskie mundury?!

Tego samego dnia, otrzymawszy od rodziny Zmarłego wniosek o przydzielenie wojskowej asysty honorowej, Komendant Garnizonu Gdynia (wbrew Ceremoniałowi Wojskowemu, stanowiącemu, że wobec byłych żołnierzy zawodowych jest to kompetencja Dowódcy Garnizonu[5]), miast wystawić takową asystę, zwrócił się (mógł, ale nie miał takiego obowiązku) do Oddziału IPN w Gdańsku[6].

Trwa beznadziejny przekop Mierzei Wiślanej, katastrofalny dla środowiska naturalnego, oprotestowany przez naukowców, ekspertów, działaczy ekologicznych i pomorskich samorządowców[7].

IPN załatwił sprawę w trymiga, bo już 11 kwietnia odpisał. Z wysokości swego urzędu pani archiwistka Pazda powiadomiła Komendanta Portu Wojennego w Gdyni (i znów: dlaczego nie Dowódcę Garnizonu?), że w latach 1949-1951 H. H. Pietraszkiewicz miał być pod pseudonimem „Trał” tajnym współpracownikiem Okręgowego Zarządu Informacji Wojskowej nr 8, a współpracę podjął z „uczuć patriotycznych”[8]. I to wystarczyło. Sprawa została zamknięta. Komandor zląkł się naczelnik Pazdy, a może jeszcze bardziej jej porte-parole, kierownika Lisieckiego. Oboje rządzą ludzkimi losami. Pewnie to młodzi ludzie, pewnie nic nie wiedzą o jakże trudnych realiach panujących w Polsce 70 lat temu? Ale kto dał im taką władzę, kto śmiał upoważnić tych urzędasów do bronienia mądremu, szlachetnemu Admirałowi asysty wojska na pogrzebie? Jakich my dożyliśmy czasów? A kmdr Wypijewski, który nie miał prawa pytać IPN o prawomyślność Zmarłego? A jeśli już zapytał i dostał wiadomą odpowiedź, nie miała ona dlań charakteru wiążącego! Hańbą dla polskiego wojska jest to, że pełniący dowódcze funkcje oficerowie traktują jakieś tam ipeenowskie opinie i wyssane z palca dyrdymały jak rozkaz! Kmdr w st. spocz. prof. A. Makowski napisał jak najtrafniej: „jednak żal, że decyzje tego rodzaju podejmują i komentują osoby, które w swoim życiu dowodziły biurkiem i telefonem oraz niezbyt dobrze odróżniają mundur oficera marynarki wojennej od liberii”[9].

Przekop trwa.

Prezes Rady Ministrów zakazał 12 kwietnia st/s „Siedow” bandery rosyjskiej wejścia do portu Gdynia, w którym kapitan czteromasztowca planował uzupełnienie zapasów paliwa, posiłków i wody pitnej[10]. Najwyraźniej katalog kompetencji premiera został błyskawicznie a bezprawnie uzupełniony o kierowanie ruchem statków w portach morskich, co nie pozwoliło mu na zajmowanie się niepokojami społecznymi (zakaz wydał w piątym dniu strajku nauczycieli) a kapitanom portów zagrozić może widmem bezrobocia.

Panie Morawiecki! Jedynie Kapitan Portu Gdynia jest władny odmówić jakiemukolwiek statkowi zgody na wejście do tego portu. Koniec kropka. O szczegółach traktuje zarządzenie nr 9 Dyrektora Urzędu Morskiego w Gdyni z 16 lipca 2018 r. – Przepisy portowe[11]. Nie wiem, czy na Tadeuszu Reytanie wzorował się mgr historii czy na Dolores Ibárruri (¡No pasarán!), choć to chyba mniej prawdopodobne, niech wie jednak, że złamał konstytucyjną zasadę legalności nakazującą każdemu organowi państwa postępowanie wyłącznie na podstawie i w granicach prawa. Niech dowie się i tego, że odmowa dostarczenia wody ludziom w potrzebie jest przejawem najbardziej prymitywnego barbarzyństwa[12]

A przekop sobie trwa.

13-14 kwietnia – wzburzenie mądrych ludzi obu aktami bezprzykładnej głupoty i wyjątkowo złej woli nie przeszkadza temu, że przekop Mierzei Wiślanej trwa w najlepsze. 

14 kwietnia ujrzały światło dzienne takie słowa kmdr. Makowskiego: „Inaczej jak zbydlęceniem nie mogę nazwać tego, że admirał nie będzie miał na pogrzebie asysty honorowej”[13]. Zgadzam się – non plus ultra, o ile nie obraziliśmy tym porównaniem bydła.

15 kwietnia – pogrzeb Admirała. Asysty wojskowej nie było. Był tłum ludzi i nie kryli oni szczerego wzburzenia.

IPN ośmiela się zamieścić na swojej stronie internetowej informację „o zasadach udzielania wojskowej asysty honorowej na uroczystościach pogrzebowych”. Poza ogromem bzdur obciąża Dowódcę Garnizonu Gdynia, gdyż to on – a nie IPN – przyznaje lub odmawia przyznania wojskowej asysty honorowej na pogrzeb[14]. To wręcz uwłaczające powadze państwa z jednej strony, a szacunkowi należącemu się pamięci Admirała z drugiej, że w chwili jego pogrzebu, zamiast pochylić głowę nad Jego grobem i oddać Mu hołd instytucje służące temu samemu pisowskiemu reżimowi przerzucają się odpowiedzialnością za to, która zachowała się bardziej ohydnie niż ta druga.

Pisze do mnie Dyrektor Urzędu Morskiego w Gdyni: przyznaje, że to nie on podjął decyzję w sprawie „Siedowa”, i dodaje: „uprzejmie proszę o kierowanie zapytań w tej kwestii do organów właściwych, jakimi w tym wypadku są Premier RP oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych”[15].

Aha, jeszcze  przekop.

16-23 kwietnia przekop trwa

24 kwietnia Dowódca Garnizonu Gdynia informuje mnie (a może raczej poucza), że to on miał prawo zwracać się do IPN (ale przemilcza fakt, że zwracał się kto inny: różnica między dowódcą a komendantem jest diametralna!) oraz że 12 kwietnia wyekspediował do najbliższej rodziny Zmarłego delegację, która powiadomiła ją „o odmowie zgody na asystę honorową w uroczystości pogrzebowej”[16].

No i przekop. Trwa.

25 kwietnia Sejm rozpatrywał wniosek o wotum nieufności wobec ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marka Gróbarczyka[17]. Poseł Tadeusz Aziewicz powiedział, że „bohater” tego wniosku „szkodzi polskiej gospodarce”[18]. Dzielny premier Mateusz, który dopiero co obronił Gdynię przed wrażym (?) windjammerem „Siedowem” (nie żadnym „Sedovem”!), teraz obronił i Gróbarczyka, z braku zaś jakichkolwiek argumentów, raczył był kwieciście uznać, że wniosek o jego dymisję to „szopka w postaci odwoływania, można powiedzieć, piratów przebranych za flotę królewską”[19]. O czym ten człowiek mówi? Najgorszego z polskich ministrów żeglugi wybronili pisowscy koledzy: 244 głosowało przeciw wnioskowi, podczas gdy za 155 posłów, wstrzymało się 12[20]. Śpiący nie krzywdzą innych, może więc przeto spać spokojnie nieudolny epigon tak wielkich poprzedników jak ministrowie Adam Rapacki, Stanisław Darski, Jerzy Szopa, jak prof. Jerzy Olszewski, współautor wielkich osiągnięć polskiej żeglugi.

Przekop trwa.

26 kwietnia napisał do mnie zastępca dyrektora Biura Ministra GMiŻŚ. Wprawił mnie w osłupienie informacją, że „dyspozycja w sprawie odmowy wejścia do portu Gdynia została przekazana przez MSZ, a wykonana przez Kapitanat Portu Gdynia”[21]. Czyżby dyrektor UMG naprawdę nic o tym nie wiedział? Od kiedy jedno ministerstwo wydaje polecenia administracji podległej innemu i to bez pośrednictwa jakichkolwiek szczebli, których pełno między nimi?

27-29 kwietnia przekop trwa.

30 kwietnia kancelaria premiera uznała za wskazane powiadomić mnie, prawnika, jakie to w Polsce obowiązują ustawy, ale nie odniosła się do mojej prośby o wskazanie tej, z której wynikałoby, że to Prezes RM kieruje ruchem statków w porcie Gdynia. Tym niemniej,  jak pisze naczelnik Żmijewska, „trzeba zauważyć, iż istotne z punktu widzenia państwa kwestie są konsultowane w trybie roboczym z Prezesem Rady Ministrów”. Jako, że naiwnie prosiłem o przesłanie jakiegokolwiek dokumentu, chociażby notatki służbowej zawierającej – dla pokoleń wdzięcznych potomków, rzecz jasna – ślad najśmielszej decyzji podjętej w życiu pana Morawieckiego, reprezentująca go pani pouczyła mnie ex cathedra słowy pełnymi mądrości i zrozumiałego dystansu dzielącego ją od jakiegoś tam dociekliwego petenta: „Nie ma wymogu dokumentowania takich konsultacji”[22]. Otóż jest i to od lat, każda bowiem decyzja podjęta przez premiera w formie ustnej musi być uwieczniona w notatce służbowej.

A indagowane przeze mnie MSZ milczało aż do 6 maja, nie udzielając informacji publicznej w ustawowym terminie 14 dni, boć przecie trudno przyznać się do łamania prawa. Dopiero 7 maja dyrektor Biura Rzecznika Prasowego ministerstwa przyznał, że „w drodze konsultacji roboczych rekomendowało [ono] właściwym w przedmiotowej sprawie podmiotom podjęcie decyzji o niewpuszczaniu żaglowca”[23]. O wodzie pitnej, o żywności oczywiście ani słowa. A przecież MGMIŻŚ powołało się na dyspozycję, a nie rekomendację ze strony MSZ. Ktoś kłamie, ale kto? Przykład idzie z góry, gdyż jak powiada premier Włodzimierz Cimoszewicz, „Morawiecki kłamie nieustannie”[24].

Przekop trwa nadal. Dokopano się do cennych złóż puszek po piwie, butelek po wódce i łopatek do piasku. Odnaleziono także widelec z jednym odłamanym szpikulcem, nadłamany guzik, kurze kości, ramę do roweru typu damka oraz część karoserii Syreny 103. A jeśli nawet ich nie odkopano, to natrafi się wkrótce na te lub inne skarby. Ponoć posłużą do budowy pomnika narodowej megalomanii lub/i kompromitacji. Zaniżona wycena przekopu autorstwa Gróbarczyka wynosi 880 mln zł[25], choć pewnie zabierze on z kieszeni podatników jakieś pół miliarda więcej[26].

A ten tekst wcale nie jest wesoły. To jedno z moich najsmutniejszych świadectw najsmutniejszej od lat rzeczywistości. Ogromem zadufanej pyszałkowatości, arogancji, buty okazanej pogrzebowi Admirała i marynarzom „Siedowa” jestem wstrząśnięty.

*

Już niedługo, w 2021 r. przypadną 100. rocznica urodzin i 40. rocznica śmierci prof. Jerzego Olszewskiego. Apeluję do wszystkich, którzy pamiętają Profesora, do wszystkich, którym Jego życie i dzieło są bliskie, by nie tylko wspomnieli Go w swoim sercu czy w prywatnych rozmowach, ale by wspomnieniem tym podzielili się również z innymi. Kiedy tuż przed odejściem zamknął się w swoim domku myśliwskim w Skubiance, napisał te mroczne a piękne i szczere słowa: „Nigdy i od nikogo nie wziąłem żadnej łapówki. Przysięgam w obliczu śmierci. Niech moja śmierć skończy polowanie na czarownice”[27].

Domyślam się, że ludzie odpowiedzialni za zaszczucie Ministra żyją nadal. Życzę im wyrzutów sumienia i bezsennych nocy. Na grobie Profesora leży księga otwarta na sparafrazowanym cytacie z Johna Donne’a: „Ilekroć biją dzwony, nie pytaj dla kogo. Zawsze biją dla ciebie”. I ty, który kochającego życie Profesora doprowadziłeś do ostateczności, i ty, co z pogardliwym śmiechem zakazałeś polskiemu wojsku oddać hołd sędziwemu Admirałowi, i ty, co z właściwą sobie butą nie pozwoliłeś dostarczyć na słowiański statek posiłków i słodkiej wody. Zawsze dla ciebie!

Puszącym się, nadymającym / Strąć z głowy ich koronę głupią, / A warczącemu wielkorządcy / Na biurku postaw czaszkę trupią.

Dziękuję Ci, Julianie, Najdroższy Poeto, za te najpiękniejsze słowa. Dziękuję, Czarodzieju, co przewidziałeś i nasze gorzkie czasy, co dałeś ludziom nadzieję na ich kres.

 

Maciej Kijowski, dr nauk prawnych, adiunkt w Wyższej Szkole Humanistyczno-Przyrodniczej Studium Generale Sandomiriense w Sandomierzu

 

 

 

 


[1] Tak A. Makowski w tekście Kontradmirał – jak go zapamiętaliśmy złożonym do druku w „Morzu, Statkach i Okrętach”; zob. również list kmdr. w st. spocz. prof. dr. hab. Andrzeja Makowskiego do autora z 26 kwietnia 2019 r. W dokumentach Admirała, jak i w dobrym jego biogramie autorstwa J. Królikowskiego (Admirałowie Polskiej Marynarki Wojennej, Toruń 2004, s. 106) widnieje niewłaściwa data 3 stycznia 1923 r.

[2] Zob. A. Makowski, op. cit., passim; J. Królikowski, op. cit., s. 106-108.

[3] Szerzej A. Makowski, op. cit.

[4] Cyt. za: ibidem.

[5] Rozdział V Uroczystości pogrzebowe pkt 1 Ceremoniału Wojskowego Sił Zbrojnych RP stanowiącego załącznik do decyzji nr 392/MON Ministra Obrony Narodowej z 30 września 2014 r. (Dz. Urz. MON z 2014 r. poz. 317 ze zm.).

[6] Pismo komendanta Garnizonu Gdynia kmdr. Jarosława Wypijewskiego do naczelnika Oddziałowego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku mgr Justyny Pazdy z 10 kwietnia 2019 r., 2986/19.

[7] Szerzej P. Miller, Kanał polityczny, „Przegląd” 2018, nr 25, s. 20-22.

[8] Pismo naczelnika Oddziałowego Archiwum IPN w Gdańsku (wz. kierownik Referatu Udostępniania mgr Karol Lisiecki) do komendanta Portu Wojennego w Gdyni kmdr. J. Wypijewskiego z 11 kwietnia 2019 r., BUGd-III-5330-228(4)/19.

[9] A. Makowski, op. cit.

[10] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/rosyjski-zaglowiec-siedow-nie-zostanie-wpuszczony-do-portu-w-gdyni,926884.html (dostęp: 12 kwietnia 2019 r.).

[11] Dz. Urz. Woj. Pomorskiego z 2018 r. poz. 2832 i Dz. Urz. Woj. Warmińsko-Mazurskiego z 2018 r. poz. 3242.

[12] Por. Woda bogactwem człowieka, Warszawa 1978, passim; P. Kowalczak, Konflikty o wodę, Przeźmierowo 2007, passim.

[13] https://wiadomości.onet.pl/tylko-w-onecie/najstarszy-polski-admiral-odszedl-na-wieczna-wachte-ipn-nie-zgodzil-sie-na-ceremonial/7wr7vwl (dostęp: 14 kwietnia 2019 r.).

[14] https://ipn.gov.pl/pl/dla-mediow/komunikaty/69703,Informacja-IPN-o-zasadch-udzielania-wojskowej-asysty-honorowej-na-uroczystoscia.html (dostęp: 4 maja 2019 r.).

[15] Pismo dyrektora Urzędu Morskiego w Gdyni kpt. ż.w. mgr. inż. Wiesława Piotrzkowskiego do autora z 15 kwietnia 2019 r., S-DUM-076-59/19.

[16] Pismo Dowódcy Garnizonu Gdynia (z up. kmdr ppor. Radosław Pioch) do autora z 24 kwietnia 2019 r.

[17] Sprawozdanie Stenograficzne z 80. posiedzenia Sejmu RP w dniu 25 kwietnia 2019 r. (trzeci dzień obrad), Warszawa 2019, s. 287-301, 318-319.

[18] Ibidem, s. 287.

[19] Ibidem, s. 301.

[20] Zob. ibidem, s. 318.

[21] Pismo zastępcy dyrektora Biura Ministra Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej Pawła Jabłońskiego do autora z 26 kwietnia 2019 r., WP.015.69.2019.KF.

[22] Pismo naczelnika Wydziału Obsługi Administracyjnej i Informacji Publicznej Centrum Informacji Publicznej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Beaty Żmijewskiej do autora z 30 kwietnia 2019 r.

[23] Pismo dyrektora Biura Rzecznika Prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Katarzyny Sobieckiej do autora z 7 maja 2019 r.

[24] Zob. Morawiecki kłamie nieustannie. Wywiad Roberta Walenciaka z Włodzimierzem Cimoszewiczem, „Przegląd” 2019, nr 19, s. 14-15.

[25] Zob. P. Miller, op. cit., s. 21-22.

[26] Zob. Sprawozdanie…, op. cit., s. 289.

[27] Cyt. za: J. Szumski, Rozliczenia z ekipą Gierka 1980-1984, Warszawa 2018, s. 261.

"Ziemia obiecana" autorstwa Piotra Włodzimierza Sobolewskiego.

Ziemia Obiecana

Opłakany stan naszego szkolnictwa wyższego , pogłębiony ostatnio - nie do końca chyba przemyślaną -  kolejną reformą , nie stanowi dla nikogo tajemnicy . Tym przyjemniej mi poinformować, że trafiają się  jednak  ludzie, znakomicie sobie w tych niełatwych warunkach radzący, a jeszcze milej mi donieść, że większość z nich związanych jest ostatnio  z niezwykle zasłużoną gdańską Uczelnią , obchodzącą w tym roku jubileusz 50-lecia,  Akademią Wychowania Fizycznego i Sportu.

W stworzonych przez nową reformę  warunkach,  pracę naukową w naukach humanistycznych można traktować wyłącznie w kategoriach hobbystycznych, gdyż prestiżowe punkty IF przyznawane są w zasadzie wyłącznie za publikacje w naukach ścisłych, biologii czy genetyce. Jak się zatem rozwijać gdy na uczelni sportowej , ktoś ma  nieszczęście specjalizować się – dajmy na to – w Historii sportu, czy też Łyżworolkach ?!

Rozwiązanie tego niełatwego dylematu podsunęło samo życie . W 2012 roku na drugi etat w gdańskiej Akademii zatrudniony został dr  Paweł Cięszczyk , którego głównym pracodawcą był naonczas Uniwersytet Szczeciński . Jako wybitny specjalista od łyżworolek właśnie, nie zrobił furory na swojej macierzystej uczelni ale wpadł na znakomity w swej prostocie pomysł, który w efekcie pozwolił mu na wydobycie się z naukowego niebytu.

 W tym samym czasie, na tej samej uczelni ,w grupie młodych doktorantek  znalazły się panie Agnieszka Maciejewska , której przedmiotem badań był Pantofelek ( mgr Agnieszka Maciejewska „Analiza filogenetyczna i polimorfizm genetyczny u Parameciumjenningsi” ) oraz Agata Leońska  mająca w sferze swoich zainteresowań naukowych  pełzaki termofilne, w wielkiej mnogości występujące w zbiornikach wodnych Pomorza Zachodniego.

Jest rzeczą naturalną, że młodzi ludzie musieli ze sobą rozmawiać o swoich perspektywach, na jednej z najsłabszych uczelni w Polsce rysujących się – co tu ukrywać – dosyć ponuro,  pomimo całych tabunów pomykających na łyżworolkach Pantofelków i pełzaków w tle. W trakcie dyskusji ktoś pewnie zadał pytanie, czy podobne badania genetyczne można robić na ludziach, oraz – co istotne – czy ktoś już wpadł na ten pomysł ?      I oto zła passa się odwróciła ! Niczym bohaterowie „Ziemi Obiecanej” nie mając NIC mieli w sam raz tyle aby zbudować fabrykę , mającą mieć w ich przypadku,  postać zespołu realizującego wspólne publikacje z zakresu genetyki molekularnej.

Jak już wiemy obie panie miały po temu pewne przygotowanie merytoryczne, zaś rolę w tym wszystkim pomysłodawcy całego dealu najlepiej wyjaśnia taki oto dowcip : Do sklepu zoologicznego wchodzi klient i zaczyna przyglądać się papugom. Ile kosztuje ta ? – pyta sprzedawcy . 1500 złotych. Sporo , zauważa klient. Tak, ale ona umie mówić i liczyć do stu! – ripostuje sprzedawca. A tamta ? Interesuje się potencjalny kupiec. 2500 złotych ! Dlaczego tak dużo ? Ona umie mówić, liczyć do stu i bez trudu radzi sobie z obsługą pilota do telewizora . Imponujące ! A tam widzę jeszcze jedną , ile wynosi jej cena ? 5000 złotych z dumą oświadcza właściciel sklepu. Ile ?! To co ona umie ? Kompletnie nic, ale tamte dwie mówią do niej „Szefie!”

Nie wiemy naturalnie jak rozłożyły się karty w opisywanym przez nas przedsięwzięciu, faktem jest jednak, że w środowisku jest ono określane jako „zespół prof. P. Cięszczyka”. Początkowo pod każdą publikacją podpisywały się dwie, trzy osoby , ale bardzo szybko liczba współautorów zaczęła się mnożyć niczym  Pantofelki, a dodajmy, że za każdą publikację, tak pożądane punkty IF otrzymywali  wszyscy jej współautorzy i nikt nie zadawał zbędnych pytań . Owe prace publikowane były w zaprzyjaźnionych czasopismach – redaktor naczelny jednego z nich zaczął też bywać  współautorem prac zespołu dr hab. P. Cięszczyka. któremu w międzyczasie , za  zasługi publikacyjne dla Uczelni zaproponowano w Szczecinie funkcję Prodziekana.  Dla młodego ambitnego człowieka było to jednak zbyt mało, toteż wiosną 2017 roku wystartował w wyborach … przeciwko swojemu szefowi ! Przegrał, zrobiło się niemiło i to do tego stopnia, że trzeba się było ewakuować. Wraz z naszym bohaterem odeszła prowadzona przez niego ekipa publikacyjna w składzie dr hab. Agnieszki Maciejewskiej – Skrendo  i  dr hab. Marka Sawczuka , potem dołączy do nich dr Agata Leońska – Duniec .

Szczeciński desant  od października 2017 znalazł przytulisko w murach gdańskiej Akademii gdzie – jak wiele na to wskazuje – już od dłuższego czasu czyniono po temu przygotowania.

Rektor AWF i S w Gdańsku , dr hab. W. Moska odliczający nerwowo dni pozostałe Mu do zakończenia Jego  drugiej kadencji,  musiał co najmniej zacząć zadawać sobie pytanie: co dalej ? Jako specjaliście  od Historii sportu dalszy  rozwój naukowy w tym kierunku  jawił  się najpewniej  w czarnych barwach, toteż  pojawienie się na horyzoncie - niczym światełka w tunelu  - ekipy P. Cięszczyka ,  przyjął był   jak prawdziwy dar niebios. Obie strony wiedziały czego chcą  i oto JM Rektor mający w swym dorobku do 2015 roku 3 prace IF nagle lekką ręką do 01.03.19 dorzucił do nich  kolejnych 15  z … genetyki molekularnej ! Trzeba trafu, że wszystkie,  wymienione powyżej Jego prace, miały wielu współautorów - z samodzielnych osiągnięć naukowych  dr hab. W. Moski  ( napisanych PRZED pojawieniem się na gdańskiej Akademii   prof. P. Cięszczyka  & co ) wymienić  można przykładowo  : Sport i rekreacja w miejscowości Łapy ( VI Konferencja Naukowa Szczecin 7 – 8.12.2000 r  i Sport kobiecy w Koninie i okolicach datowana na wrzesień tegoż  roku .

Na ile tematyka podanych prac zbieżna jest  z genetyką  molekularną oceńcie Państwo sami.

Po drodze przygarnięto na pokład także dr Ewelinę Lulińską – Kuklik , której dotychczasowe badania związane były z częstością występowania wad postawy i ich związku z budową somatyczną, rozwojem fizycznym oraz miejscem zamieszkania. Tymczasem teraz ,wspólnie i w porozumieniu z grupą profesora P. Cięszczyka ,  wzięła Ona udział w 14 pracach IF z zakresu genetyki molekularnej ,  w tym w okresie od  roku 2018 do 01.03.2019 powstało tych prac 11 !

Podobnie oszałamiająca wydajność  wzbudziła niejakie podejrzenia dr hab. Marka Adama , postaci wielce zasłużonej zarówno dla AWF i S jak i polskiego sportu w ogóle, który zapragnął poznać stanowisko Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów Naukowych w sprawie opisywanego fenomenu , lecz jak na razie owo szacowne gremium nie wyraziło swojej opinii. Cóż wielka szkoda , sam jestem jej bardzo ciekaw !

I tak  wszyscy nasi bohaterowie pomyślnie zrealizowali pierwszy etap swych marzeń . Szczecinianie wymienili  perkal i paciorki wspólnych publikacji na etatowe zatrudnienie w AWF i S , a Rektor tejże  i wskazani przez niego wybrańcy,  w błyskawicznym tempie zaczęli kompletować tak pożądane punkty  IF będące  gwarancją  ich dalszego naukowego awansu .

Teraz należało się zatroszczyć  o to ,by  osiągnięte sukcesy umocnić , wykorzystując w tym celu rzecz jasna, potencjał macierzystej Uczelni. 

Zapewne aby móc   utrzymać  władzę  i następnie płynnie ją przekazać komuś ze swojaków zaczęto zatrudniać zamiejscowych pracowników naukowych – często emerytów -  zwalnianych w całości lub części z obowiązku świadczenia pracy , mających zapewne w założeniu za zadanie popieranie JM Rektora  w Jego poczynaniach – w tym poprzez właściwe głosowanie w ciałach elektorskich , prowadzenie  działalności publicystycznej według opisanych powyżej standardów,  oraz  wspieranie  jej publikacjami , w zaprzyjaźnionych ( dyspozycyjnych ) periodykach naukowych.

 W takim zapewne celu zatrudniony został  prof. dr hab. Roman Maciej Kalina , który gwarantując publikowanie w swoim periodyku „Archives of Budo” kolejnych wspólnych prac wskazanych beneficjentów , pełni  przy okazji  rolę pożytecznego … Rzecznika Dyscyplinarnego , którego rękami  można pacyfikować  wszelkie próby wkładania patyków w szprychy rozpędzającej się machiny,  przez potencjalnych malkontentów, którym się może to i owo nie podobać. Aby nie być gołosłownym w swych twierdzeniach co do roli Pana Profesora w zakresie wspierania działalności publicystycznej , pozwolę sobie zacytować Jego wypowiedź z odbytej w kwietniu 2019 Rady Wydziału Wychowania Fizycznego , gdzie był uprzejmy oznajmić  prof. P. Cięszczykowi, żeby nie dzwonił do niego w sprawie publikacji, gdyż ów Go nie cytuje … Co zostało nagrane. 

Lista wymienionych przeze mnie pracowników AWF i S NIE  świadczących pracy całkowicie lub częściowo , ale za to pobierających co miesiąc PEŁNE wynagrodzenie liczy około 20 osób ( ilość się zmienia ) , a comiesięczne obciążenie  budżetu Uczelni  z tego tytułu wyraża się kwotą nie mniejszą niż 150000,00 złotych brutto .

Oczywiście budżet  Akademii nie jest z gumy i może się zdarzyć, że podobne działania doprowadzą ją w końcu do bankructwa . Aby zabezpieczyć się finansowo na taką okoliczność wymyślono - jak się wydaje -  tak reklamowaną przez jej władze , współpracę z Chińczykami zwaną przez nie internacjonalizacją.

Zacznijmy od początku. W roku akademickim 2018/19 na gdańskiej Akademii pojawili się młodzi sportowcy z Chin , mający tu – zgodnie z oświadczeniem JM Rektora – studiować i trenować . Na początek pojawiły się grupy siatkarzy ( 15 osób ) i futbolistów ( 25 osób ) . Z tym studiowaniem, to może lekka przesada, jako że nasi goście komunikują się wyłącznie w języku ojczystym, niezbyt popularnym wśród profesury gdańskiej Uczelni, ale już co do trenowania, to jak najbardziej. Przybyszów zakwaterowano w akademiku , demolując  przy okazji na ich użytek infrastrukturę , zmieniając  - dla przykładu - sale telewizyjne w … pralnie . Niejako przy okazji zdemolowano dawną stołówkę przekształcając ją ad hoc w … hotel robotniczy dla ściągniętych … tureckich pracowników !

Zadbano – a jakże ! - o żywienie, zlecając je – bez jakiegokolwiek przetargu rzecz jasna - wietnamskiej firmie Cesarski Pałac sp. z  o. o  z siedzibą w Warszawie. Aby to osiągnąć  posunięto dotychczasowego – mającego aktualną umowę – dzierżawcę,  wypłacając mu nawet w tym celu  wielotysięczne odszkodowanie . Po co ? Otóż tak się złożyło, że  z rzeczoną firmą związana była Pani Le Thu Ha ( Wietnamka  z pochodzenia ) z którą z kolei  związany – nazwijmy to – towarzysko ,  był JM Rektor.

Źli ludzie mogliby się tu dopatrywać nepotyzmu, ale okażmy chłopu nieco zrozumienia - wiadomo, krew nie woda … Tak oto piękna córa Wietnamu od października zamieszkała  sobie w Akademiku, a w jej bardzo, ale to bardzo  bliskim sąsiedztwie, waletował sobie Jego Magnificencja  budząc zrozumiałą sensację wśród Żaków . Nie mam nic przeciwko instytucji Waleta zapewne tak starej jak akademiki. Sam swego czasu  wielokrotnie z niej korzystałem, co dziś wyznaję z drżeniem serca. Niby  po upływie przeszło 40 lat od tych wydarzeń  sprawa mogła  ulec przedawnieniu , ale kto mi zaręczy, że jakiś inkwizytor z IPN – u,  nie zechce wyjaśniać, czy w trakcie owych nieformalnych wizyt jedynie spożywaliśmy, czy też może podejmowaliśmy inne, tak niemiłe Kościołowi , czynności , bądź – o zgrozo ! – dyskutowaliśmy o pracach Karola Marksa , co zalatuje w sposób oczywisty „zbrodnią komunistyczną” ! Jak by tam nie było przyznajcie Państwo jednak , że Rektor waletujący w Akademiku własnej Uczelni  to prawdziwy rarytas !

Magnificencja opuścił akademik już w grudniu 2018 zaś  Pani  Le Thu  Ha pomieszkiwała sobie od października 2018  do marca 2019 , wspomagając sporadycznie budżet Uczelni kwotą 15,00 złotych za dobę  zamieszkiwania w zajmowanym apartamencie  ( normalna stawka  to 120 złotych / doba ) . Dla porządku dodam, że aktualnie zmieniła ją na posterunku kolejna , reprezentująca dzierżawcę kawiarni niewiasta , która mieszka – zgodnie z decyzją Rektora całkowicie za darmo. O tym, że Rektor nie płacił ani grosza  nie wspomnę.  W końcu był u siebie …

Tymczasem  - jak już pisałem – w gdańskiej Akademii  pojawili się chińscy sportowcy . Ponieważ umowa o współpracy zawarta pomiędzy … Uczelnianym Klubem AZS AWF i S Gdańsk ( ! ) i – podobno -  Beijing Sport Uniwersity jest najpilniej strzeżoną tajemnicą  gdańskiej Uczelni , dane o chińskim partnerze mogę czerpać wyłącznie z wypowiedzi  JM Rektora . Zgodnie z Jego twierdzeniem wymieniona wyżej chińska Uczelnia jest ponoć największą uczelnią sportową Państwa Środka, co zapragnąłem sobie  potwierdzić , wchodząc na jej stronę internetową. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że owa strona jest … nieaktywna ! Była byż  to wydmuszka, czy też po prostu miałem pecha ? A może komuś z Państwa się uda ? Przyznaję, że z wrodzonego lenistwa nie pojechałem sprawdzić  tego na miejscu …

W każdym razie o tym , że chiński partner nie jest bynajmniej wirtualny,  świadczą wcale realne dytki jakie wpłynęły z tytułu tej tajemniczej umowy : 160 tysięcy EURO na konto AWF i S w Gdańsku i 1 100 000 EURO na konto Klubu  AZS AWF i S w Gdańsku .

Zacznijmy od pieniędzy jakie zasiliły kasę Uczelni.  Otóż jest to kwota śmiesznie mała,  jak na skalę przedsięwzięcia, którego dotyczy.  Nie będę Państwa zanudzał wyliczeniami, ale gdyby Uczelnia miast owego „ Interesu Życia”  prowadziła tradycyjne, coroczne działania , to przychody z tego tytułu byłyby c.a.  o 80% wyższe.

 Natomiast pieniądze zdeponowane na koncie AZS – u  leżą sobie spokojnie , a Klub z nich … nie korzysta!  Wygląda na to, że czekają na wyprowadzenie i chyba nawet można się domyślać jak i którędy.

Zanim jednak do tego dojdziemy jest jeszcze jedna interesująca , warta zastanowienia kwestia. Kto z Państwa brał kiedykolwiek kredyt lub pożyczał pieniądze – dajmy na to w lombardzie – wie, że aby je otrzymać trzeba mieć zabezpieczenie. Tymczasem w opisywanym przypadku ktoś przelał sobie przeszło 5 milionów złotych Bóg jeden raczy wiedzieć za co i … przestał się tym interesować !

Czyżby ? A może w umowie Rektor zabezpieczył wykonanie jej warunków  majątkiem Uczelni  ? Że niby nie miał prawa ? A mieszkać za darmo w uczelnianym akademiku to miał ? W każdym razie , jeżeli  przyjąć taką tezę , to zrozumiałym się staje , dlaczego owa umowa o współpracy zawarta przez Uczelnię ? AZS ? jest najpilniej strzeżoną tajemnicą . Im szybciej stosowne instytucje ją wyjaśnią tym większe szanse uniknięcia katastrofy lub przynajmniej zminimalizowania jej skutków.

Wróćmy jednak do spekulacji  JAK  wyprowadzone mogą zostać środki leżące na koncie KU AZS AWF i S w Gdańsku. Chińscy sportowcy przechodzą na obiektach AWF i S swoje cykle treningowe, zaś w laboratoriach kompleksowe badania, z których raporty skrupulatnie przekazywane są chińskiej stronie - kimkolwiek ona jest. Dyskrecja temu towarzysząca jest tak wielka, że nie korzysta się przy tym z poczty elektronicznej, lecz drukuje i przekazuje w tej formie dalej. Jak ? Pocztą zwykłą, a może osobiście ? No właśnie …Za wszystko naturalnie płaci AWF i S .

 Tymczasem na początku tego roku , w Szczecinie powołano do życia spółkę  z  o. o. Allegen , która ma komercyjnie przeprowadzać badania genetyczne.  Sama naturalnie nie może tego robić z uwagi na – nazwijmy to – niejaką skromność swojego potencjału ( kapitał zakładowy 20 tys. złotych ) , ale za to Uczelnia może jak najbardziej , za swoje pieniądze , swoimi ludźmi i w swoich laboratoriach.  Tymczasem  Spółka, zamiaruje  płacić Uczelni  za przeprowadzane przez nią badania,  kwotę stanowiącą … równowartość  użytych do badań odczynników! Badania są prowadzone w godzinach pracy laboratorium przez  etatowego pracownika Uczelni, który  za to kasuje dodatkowe pieniądze wypłacane przez AZS . We władzach spółki zasiadają etatowi pracownicy gdańskiej Akademii, którzy w imieniu tego podmiotu podpisują umowę ze swoim pracodawcą ( ! ) na dojenie,  w końcu państwowej jeszcze Uczelni,  zobowiązując się dodatkowo do bezterminowego ( !! ) zachowania tajemnicy przez obie strony ! Przyznacie Państwo, że wieje grozą …

Zarówno AZS jak i spółka Allegen są poza wszelką kontrolą Ministerstwa , podobnie jak finansowe przepływy pomiędzy nimi , co sprawia, że tą drogą można wytransferować dowolną kwotę używając do tego celu dowolnych umów i faktur, choćby nawet owa kwota ,należna była w całości nieszczęsnej Akademii.. Na miejscu doprowadzonej do bankructwa Uczelni pewnie na początek powstanie coś na kształt odpowiednika Placu Niebiańskiego Spokoju, skąd zniknie brać studencka, ale za to wkrótce wkroczą zaprzyjaźnieni developerzy, którym Rektor - w pełni legalnie - wysprzeda to,  co jeszcze zostanie z jej majątku …

  … po czym wszystkim, którym na sercu leży los AWF i S , pozostanie już tylko pisanie na Berdyczów.

Piotr Włodzimierz Sobolewski

Maciej Kijowski

Akademia Nauk Społecznych. Wspomnienia z lat studiów (1988-1990)

 

W 35. rocznicę utworzenia ANS – tym jej pracownikom i studentom, którzy zachowali twarz.

Kiedy wiosną 1988 r. wygrałem ogólnopolski finał I Olimpiady Wiedzy o Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, jedną z przyznanych mi nagród stało się prawo wolnego wstępu na studia w Akademii Nauk Społecznych. Jakkolwiek dzięki zdobyciu dwa lata wcześniej I miejsca w X Ogólnopolskiej Olimpiadzie Artystycznej (sekcja muzyki) miałem już zagwarantowany indeks na muzykologię lub kulturoznawstwo, wybrałem studia dzienne w ANS, do których przystąpiłem jesienią tego samego roku. W centralnym miejscu głównego budynku uczelni, na półpiętrze między parterem a I piętrem, dokładnie naprzeciw głównego wejścia widniał cytat z Lenina: „Komunistą można stać się tylko wtedy, gdy wzbogaci się swoją wiedzę znajomością całego dorobku, jaki stworzyła ludzkość”, nie wiem, czy później skuty czy zasłonięty. Jeden z kolegów całkiem przytomnie zauważył, że gdyby zastąpić słowo „komunistą” wyrazem „człowiekiem”, inskrypcja ta byłaby nie mniej aktualna. Może tablica wisiałaby po tej zmianie do dzisiaj, a pisowski premier Morawiecki nie musiałby co dzień rano otrząsać się z obrzydzenia, że idąc do pracy tak bliski jest ściany, na której widniały słowa rewolucjonisty?

Na moim roczniku filozofię (zrazu marksistowską, o czym niżej) wykładali kolejno profesorowie Jan Kurowicki i Jarosław Ładosz. Pierwszy, z nienagannie przystrzyżoną bródką, był bez wątpienia obiektem westchnień studentek, ważniejsze jednak jest to, co i jak mówił – nawet wtedy, gdy wprowadził audytorium w osłupienie, mówiąc o możliwie nieskończonej liczbie światów, w których żyjemy, i dywagując nad tym, czy sny każdego człowieka nie są jego realnym życiem i światem jemu właściwym. Kto miał szczęście słuchać profesora, wie, co mam na myśli. Nie mniej frapujące były wykłady Ładosza, a jeszcze bardziej składany przed nim egzamin, o którym krążyły legendy. O ile się nie mylę, wchodziliśmy po dwóch, nie pamiętam natomiast, na ile pytań odpowiadaliśmy. Zdawałem 12 lutego 1990 r. razem z Witoldem N., oryginałem co do tuszy i światopoglądu (działaczem Unii Młodzieży Demokratycznej i bodaj zielonoświątkowcem). Profesor zacytował mu, wskazując na autorkę tekstu, fragment piosenki Skaldów(„Życie jest formą  istnienia białka, / Ale w kominie coś czasem załka”), na co Witek odpowiedział, że „nie zna Osieckiej”: czy zdał i na ile, nie wiem. Ja zdałem i to na czwórkę, a mówiłem na pewno o marksistowskiej teorii odbicia.

O wykładach z geografii społeczno-gospodarczej (prof. Irena Fierla) czy historii międzynarodowego (prof. Jerzy Pawłowicz, doc. Tadeusz Godlewski) i polskiego (doc. Henryk Cimek) ruchu robotniczego mogę śmiało wypowiadać się dziś w samych superlatywach. Podobnie o ekonomii politycznej – socjalizmu (doc. Ryszard Zabrzewski) i kapitalizmu (doc. Małgorzata Dąbrowa-Szefler, doc. Witold Sierpiński); pamiętam charakterystyczny głos i nienaganną elegancję Sierpińskiego, tudzież akcentowanie przezeń znaczenia złota, kamieni szlachetnych i innych błyskotek, „które bardzo lubią kobiety”. Kapitalne były zajęcia z socjologii – wykłady dr. Jerzego Kamienieckiego i ćwiczenia dr. Krzysztofa Kostyrko, byłego kierownika Wydziału Kultury KC PZPR, świeżo odwołanego z ambasady w Belgradzie, gdzie radcował przez ponad 4 lata. Utkwiła mi też w pamięci historia Polski na tle historii powszechnej – barwne wykłady doc. Kazimierza Kika (i egzamin zdany u niego – jedno pytanie o BBWR – na głównej klatce schodowej), tudzież świetne ćwiczenia mgr. Bronisława Szozdy, niegdysiejszego I sekretarza KMG PZPR w Piasecznie. Wspomniana już ekonomia polityczna socjalizmu zapisała się w mojej pamięci głównie z racji ćwiczeń u bardzo wymagającego dr. Władysława Kulczyckiego, jeszcze wtedy brodatego, dziś dygnitarza polskiej bankowości. Pamiętam, że raz zajęcia z Kulczyckim odbyły się w bufecie na najniższej kondygnacji gmachu (do dziś pomnę smak tamtejszej sałatki jarzynowej) i w przypływie wielkopańskiej gościnności doktor zapragnął podjąć wszystkich studentów kawą – z chęcią podjąłem się roli pośrednika między nim a obsługą (a nuż zacznie pytać…), od której dowiedziałem się, że proponuje jedynie „kawę luzem” (zabrakło filiżanek), przeto z uczty wyszły nici. Jeszcze więcej strachu napędził mi obecny budowlany deweloper dr Jacek Zabojszcz, prowadząc elementy statystyki i matematyki, zdawałem je bowiem – do szczęśliwego finału – aż siedem razy. U dr. Zabojszcza wymęczyłem trójkę, nie pamiętam natomiast, dlaczego dr Marian (Marek?) Szczepański wpisał mi z metodologii i metodyki uczenia się dostateczny minus. Czyżbym już wówczas wierny był szekspirowskiej maksymie „Jestem za stary, by się uczyć”? Uczyłem się jednak, w tym języków obcych na świetnie prowadzonych lektoratach – pamiętam znakomicie wyposażone laboratoria językowe, nie pamiętam natomiast zajęć z WF (poza tym, że jeździło się na nie wieczorami daleko na Ursynów, do obiektów SGGW – AR). 

Bronisław Treger (naówczas mgr, dziś dr hab.) prowadził w I semestrze wykład i ćwiczenia (zwane w ANS „seminarium”) z logiki. Z uwagi na nikłość pedagogicznego talentu czynił to w sposób niewiarygodnie nudny i monotonny. Wspominał onegdaj, czym różni się bodaj uczenie od szkolenia, a za przykład tego ostatniego postawił piłowanie. Odtąd nużący przedmiot Tregera miast logiki zwany był przez nas niezmiennie „piłowaniem”, co miało wiele wspólnego z rzeczywistą zawartością logiki w jego interpretacji. W semestrach II-III Treger miał z nami również seminarium z filozofii – jako że była ona bez wątpienia równie ciekawa, co wcześniejsze „piłowanie”, nie pamiętam z niej zupełnie nic. Pamiętam natomiast, że w przerwie któregoś seminarium – nie pomnę tylko z jakiego przedmiotu – do wypisanych wcześniej przez Tregera na tablicy nazwisk Webera i jeszcze jakichś 2 mędrców dopisałem (z racji sobie tylko znanych kryteriów) Tadeusza Witolda Młyńczaka i Stefana Zacha: po przerwie Treger powrócił do sali, spojrzał badawczo na tablicę i rzekł: „Webera [i jeszcze tych 2 innych – przyp. M.K.] kojarzę, ale Młyńczaka i Zacha to ja nie znam”. Historię myśli społecznej wykładała niezmiennie pogodna doc. Barbara Fijałkowska; przedstawiając się na pierwszym wykładzie, zwracała uwagę, by w indeksie nie wpisywać jej jako „Fiałkowskiej”, albowiem nie lubi kogoś o tym nazwisku. Doc. Fijałkowska była prodziekanem a również wspomniany doc. Godlewski – dziekanem Wydziału Nauk Społeczno-Politycznych; prodziekanem był w nim także doc. Andrzej Skrzypek, doświadczony znawca problematyki polsko-radzieckiej, szkoda, że dziś dostrzegający je z mocno odmiennej perspektywy, pozwalającej liczyć na spokojną emeryturę i dużo bliższej oczekiwaniom rządzącej ekipie. Podobnie błyskawicznej i bardzo rażącej dawnych przyjaciół transformacji doznał Kazimierz Kik; za ideową reorientację i przypływ niepowstrzymanej a (bez?)interesownej miłości do PiS-u nagrodzono go w 2018 r. oczekiwaną od lat belwederską profesurą, choć – jak opowiadał mi jeden z profesorów, również belwederskich – nie spełnia wymaganych ustawą kryteriów.

Nie zapomnę nigdy ponadobowiązkowych zajęć z historii Polski przedrozbiorowej prowadzonych dla kilkuosobowej grupki zafascynowanych tematem studentów przez wybitnego znawcę przedmiotu, rektora ANS prof. Jaremę Maciszewskiego, zarazem członka KC PZPR a onegdaj kierownika jego Wydziału Nauki i Oświaty. Jako że dawny gmach uczelni jest dziś siedzibą premiera i jego świty, wypada mi pozazdrościć temu prominentowi, któremu przypadł dawny rektorski gabinet: oby wątły intelekt pisowskiego aparatczyka wzbogaciło wspomnienie po wielkim polskim historyku. Podobne życzenie kieruję do urzędasa zajmującego dziś pokój prorektora ANS prof. Eugeniusza Mazurkiewicza: jako członek Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Koreańskiej odwiedzałem w nim profesora, wiceprezesa ZG TPPK, wiodąc z nim – nie bacząc na ponad 40-letnią różnicę wieku – ciekawe dysputy nie tylko o sprawach koreańskich ale i o latach, w których kierował Wydziałem Rolnym KC. Jeśli dobrze pamiętam, prorektorami ANS byli wtedy również profesorowie Adolf Dobieszewski, Wiesław Iskra i Jerzy Kuciński, tych nie miałem jednak okazji poznać.

Wbrew powszechnemu przekonaniu od studentów ANS nie żądano przynależności do PZPR. Tak władze uczelni, jak i poszczególni jej wykładowcy, nie tylko tolerowali, ale akceptowali światopoglądowy i organizacyjny pluralizm – w latach 1988-1990 jakże naturalny i oczywisty. W ciągu niemal 2 lata studiów na Bagateli jedynym nauczycielem akademickim zwracającym się do studentów per „wy” i „towarzyszu” była dr Helena Ciążela. Rychło przeorientowała się ideologicznie, znajdując ujście dla swych zainteresowań w szkolnictwie katolickim; nie wiem, czy zajęcia rozpoczynała tam od paciorka. Nie wiem też, czy neofici Kik, Skrzypek et consortes brali u niej korepetycje ze służalczości.

Rok akademicki 1989/1990 rozpoczęto w ANS w atmosferze niepewności własnego bytu. Na nic się zdały próby przypodobania się nowej władzy, choćby tak symboliczne jak umieszczenie wewnątrz okrągłej uczelnianej pieczęci ukoronowanego a nieistniejącego w niej dotąd godła państwowego. Tyleż śmieszne co smutne były zmiany nazw przedmiotów: filozofię marksistowską zastąpiła filozofia a naukowy socjalizm (z wyśmienitym wykładem doc. Ryszarda Palacza) socjalizm – teoria i praktyka w mniej barwnym wydaniu doc. Stefana Dziabały. Wywołane niszczycielskim zapałem premiera Tadeusza Mazowieckiego rozpędzenie Akademii na cztery wiatry fatalnie odbiło się nie tylko na jej pracownikach i studentach (samego siebie nie wyłączam), ale także na nieruchomym i ruchomym mieniu, w tym wyśmienitym księgozbiorze. Nadal na portalach aukcyjnych kupić można książki z katalogu Biblioteki ANS, sam kupiłem też dwie lub trzy w antykwariacie w Koszalinie, a do tego, że innych kilku świadomie nie zdążyłem w 1990 r. oddać, dziś po raz pierwszy się przyznaję i liczę na łagodny wymiar kary. Liczę też na to, że środowisko wyższego szkolnictwa niepaństwowego (sam do niego należę) przyzna wreszcie, że pierwsza uczelnia tego rodzaju powstała nie w roku 1991 lecz znacznie wcześniej, boć przecież partyjne Wyższa Szkoła Nauk Społecznych i ANS były wyższymi szkołami niepaństwowymi na zasadach analogicznych do Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Internatowi ANS przy ul. Belwederskiej 26/30 w Warszawie (52 ̊12’27” N, 21 ̊1’51” E, gdyby ktoś miał wątpliwości) też winien jestem kilka uwag. Bursa jest klasycznym przykładem funkcjonalnej i reprezentacyjnej zarazem architektury budynków administracji publicznej. Znawcy przedmiotu twierdzą, że to nie tyle socrealizm lecz wysmakowana, nieco dekoracyjna architektura modernizmu z delikatnymi akcentami biedermeieru (!). Powstał w latach 1953-1954 według projektu architektów tak znakomitych jak Wacław Kłyszewski, Jerzy Mokrzyński i Eugeniusz Wierzbicki (tym samym Trzem Tygrysom zawdzięczamy choćby Dom Partii, pierwszego Mistera Warszawy przy ul. Kredytowej 8 czy filharmonię w moim rodzinnym Rzeszowie). Służy celom hotelowym i gastronomicznym do dziś (obecnie jako uniwersytecka „Hera”) i nadal zdarza mi się tam nocować – zachwycają mnie wciąż detale architektoniczne (w tym sztukaterie będące dziełem mistrzów z międzywojennym jeszcze doświadczeniem), klarowny układ elewacji i wnętrza, a nade wszystko dostrzegalne lekko wklęsłe wygięcie fasady, skutkujące tym, że rozpoczynając przechadzkę jednym z głównych korytarzy nie sposób dostrzec jego końca. W większości pokoi nie było i nie ma łazienek (były i są jedynie w ulokowanym na linii północ-południe nowym pawilonie, bodaj z roku 1975). Układ pomieszczeń pierwotnego założenia (w tym ciasne aneksy kuchenne), stolarka drzwiowa (także okienka nad wejściem do pokoju), wreszcie podłogi i część mebli (te również w części powstałej później) zachowały się do dzisiaj i stanowią wyposażenie „Hery”. Oryginalne jest też piękne czarne metalowe okratowanie chroniące główne drzwi wejściowe i okna parteru.

Na prawo od wejścia mieściła się naprawdę dobra stołówka, w której szefem kuchni był – jeśli dobrze pamiętam – mistrz Henryk Szybiński. Również na parterze, tam gdzie obecnie działa kawiarnia „Hygge” (przedtem restauracje „Czarownica”, „Stary młynek”, „Groch z kapustą”), była swego rodzaju świetlica, pomieszczenie klubowe i sala telewizyjna w jednym, służące a to spotkaniu w studenckim gronie, a to podejmowaniu przez nas działaczy ruchu robotniczego (pamiętam bardzo ciekawą dyskusję z Franciszkiem Szlachcicem). W nowym pawilonie, na końcu chyba II piętra przyjmował lekarz – najpierw zmarły już chyba jesienią 1989 r. Henryk Igalson (znany, jeśli dobrze pamiętam, z udziału w Powstaniu Warszawskim), po nim Weronika Radosiewicz. Również w tym skrzydle, na parterze i obu piętrach mieściły się pokoje do cichej nauki, zwane pieszczotliwie „cichaczami”. Zdaje się, że o nauce, a tym bardziej cichej, nie było w nich mowy.

Chyba na każdym piętrze starszej części bursy wisiały na ścianie korytarza (blisko klatki schodowej) automaty telefoniczne na żetony – już nie na monety a jeszcze nie na karty. Telefonów wewnętrznych w pokojach nie było, przeto osoby z zewnątrz telefonowały do recepcji, która za pomocą radiofonii przewodowej („kołchoźniki” na ścianach pokoi) gromko obwieszczała, kogo zaprasza do rozmównicy (bodaj 2 kabiny) ulokowanej tuż po lewej stronie od wejścia do budynku. Komunikat „Pani Szałkowska proszona do telefonu” śnił mi się po nocach, gdyż do rzeczonej studentki dzwoniono co najmniej kilka razy dziennie.    

Położenie bursy było wyśmienite: tuż obok Łazienki Królewskie, którymi lubiłem wędrować do i z Akademii, a naprzeciwko Powszechny Dom Książki „Uniwersus” – największa na owe czasy i najwszechstronniejsza księgarnia w kraju. Z oficjalnym potępieniem socjalizmu w „wolnej” Polsce przyszło i zniszczenie „Uniwersusu”. Jeśli za świetnie zaopatrzony dział książek radzieckich, to przypomnę, że można było w nim nabyć w oryginale nie tylko Lenina, ale i Bunina.

***

Nie wszystko w Akademii Nauk Społecznych było tak piękne, jak mogłoby się wydawać z moich sentymentalnych wspomnień. Pierworodnym grzechem tej uczelni było nawiązywanie do tradycji szkolnictwa partyjnego jedynie Polskiej Partii Robotniczej i PZPR, przy jeśli nie pomijaniu, to marginalizowaniu tej sfery działalności w zjednoczonej wszakże z PPR Polskiej Partii Socjalistycznej. Przecież Szkoła Centralna PPS istniała jeszcze przed I wojną światową, by tuż po niej kontynuować działalność pod kierownictwem (zgadzam się, kontrowersyjnym) Mariana Malinowskiego „Wojtka”. A powstała w 1946 r. Centralna Szkoła Partyjna przy Centralnym Komitecie Wykonawczym PPS? A nadzorowane przez nią wojewódzkie szkoły partyjne PPS, w tym bardzo znana szczecińska z kierownikiem Mieczysławem Gordonem?

Pamiętać trzeba też i o tym, że przez cały okres swojej działalności (1984-1990) uczelnia nosiła nazwę „Akademia Nauk Społecznych”, co wynika wprost z ustawy z 6 kwietnia 1984 r. o utworzeniu Akademii Nauk Społecznych (Dz. U. z 1984 r. nr 21, poz. 99). Jako że art. 4 ust. 1 ustawy oddawał Komitetowi Centralnemu PZPR nadzór nad uczelnią, zdarzało się – ale wbrew ustawie – że w innych aktach prawnych pojawiała się jej wydłużona nazwa, „Akademia Nauk Społecznych PZPR w Warszawie”,  jak w pkt 47 uchwały Rady Państwa z 9 czerwca 1989 r. w sprawie nadania orderów społecznym zbiorowościom (M. P. z 1989 r. nr 22, poz. 165). W żadnym wypadku nie piszę o tym dlatego, by wypierać się swojej przynależności do PZPR, lecz po to, by przywołać oczywiste fakty, by wskazać za Leopoldem von Ranke, wie es eigentlich gewesen.

Nie mogę pojąć, jak wychowankowie ANS, także z mojego rocznika, mogą dziś co najmniej przemilczać fakt studiowania w tym miejscu, jakkolwiek ciągłe wybielanie własnych życiorysów (znane mi przede wszystkim w środowisku naukowym) stało się plagą naszych czasów, czasów opanowanych przez strach. Ot, rzeczony student N., z którym dzieliłem trzeci i ostatni pokój zajmowany przeze mnie w bursie, wypisuje o sobie w LinkedIn tak niestworzone rzeczy, że jego bogatym życiorysem można by obdzielić co najmniej kilka osób: pisze o wszystkim, byle nie o studiach w ANS. Własnego cienia boi się też Grzegorz L., onegdaj oficer Służby Więziennej (usunięty za brak nadzoru nad podwładnym, „dzięki” pomocy którego Katarzyna P., jedna z głównych oskarżonych w procesie Amber Gold, zaszła w ciążę), a od lat zgierski prominent: a  to starosta, a to wiceprezydent, a to radny z Klubu …Prawa i Sprawiedliwości. Dzisiejszy doktor historii kościoła (!) L., zwany na studiach „basiorem” nie grzeszył naówczas inteligencją, nie sądziłem jednak, że odda się bez reszty na służbę reżimowi. Nie wiem, co na to jego żona a moja koleżanka ze studiów w ANS Lidia S. z Leżajska, której pomagałem rozepchać i rozchodzić świeżo kupione szpilki tuż przed wyjściem na jakąś imprezę. Wyrzekanie się własnego życiorysu nie tylko równoznaczne jest z obawą przed nieuchronną dekonspiracją, ale oznacza przede wszystkim brak szacunku dla samego siebie.

Wstydzę się tych, którzy wstydzą się własnych studiów w ANS. I może ktoś uwierzyć, może nie wierzyć, że w pierwszym dniu moich studiów, w dniu zakwaterowania w internacie usłyszałem przez radio w swoim pokoju piosenkę Bobby’ego McFerrina Don’t worry, be happy. I naprawdę I didn’t worry, I was happy:to były piękne, szczęśliwe lata.

 

Maciej Kijowski, dr nauk prawnych, adiunkt w Wyższej Szkole Humanistyczno-Przyrodniczej Studium Generale Sandomiriense w Sandomierzu

Fałszywa historia wyklętych

Od kilkunastu lat obchodzimy z wielkim zadęciem narodowy dzień pamięci żołnierzy wyklętych.

Chodzi tu o żołnierzy tzw. drugiej konspiracji z różnych organizacji konspiracyjnych,działających po drugiej wojnie światowej i przeciwstawiających się zbrojnie ówczesnej władzy komunistycznej.

Od początku to święto budziło i budzi nadal żywe kontrowersje w świecie polityki i historii,które jednakże prawie w ogóle nie przedostają się do obiegu społecznego.Mnie to święto się szczególnie nie podoba,bowiem kult wyklętyzmu uważam za niemoralny,szkodliwy i zupełnie fałszywy.

Nie chcę by treści ,które są istotą wyklętyzmu były swobodnie propagowane i miały jakikolwiek wpływ na młode pokolenie,do którego w  większości są skierowane.Święto to zostało wprowadzone ustawą sejmową bodajże w roku 2010,za czasów koalicji PO -PSL i poparła go zdecydowana większość posłów, w tym cześć posłów lewicy.Ten kult ma swoje określone cele polityczne.poza oczywistym  aspektem pedagogiki społecznej.Mam tu na myśli jawnie deklarowany

hołd „bohaterskim Polakom.przeciwstawiajacym się zbrojnie zniewoleniu totalitarnemu Narodu Polskiego”Takie deklaracje na kilometr jadą prawicową narracją polityczną i służą prawicowym celom.

Jak w praktyce wygląda wyklętyzm serwowany społeczeństwu przez dyspozycyjnych prawicowych historyków z IPN u.Ano marnie,by nie rzec żenująco:komiksy,rekonstrukcje,biegi,koszulki,smyczki, kubki.Pojawiły się nawet kije bejzbolowe z motywami wyklętyzmu i napoje energetyczne o nazwach nawiązujących do żołnierzy wyklętych.Zgłaszam niniejszym IPN owskim macherom od

piaru pomysł wprowadzenia prezerwatyw nawiązujących w swej ornamentyce do wyklętyzmu.

Prezerwatywa jest bowiem stałym wyposażeniem akcesorium szanującego się kibola,która to grupa                                                                                                                

społeczna jest szczególnie wdzięcznym i podatnym odbiorcą prawicowej narracji o żołnierzach wyklętych.Prezeratywa ma potężną siłę oddziaływania ideologicznego, nada wyklętyzmowi nowy, rzekłbym,spazmatyczny aspekt i jak ulał pasuje do moralnego i intelektualnego poziomu prawicowej polityki historycznej.Proponuję, by ipeenowcy poważnie rozważyli ten patent.

Wszystko to płytkie  ,płaskie i prymitywne,no ale tylko na to stać poważną zdawałoby się instytucję.

No cóż,jaka forma taka treść.IPN nie ma nic wartościowego do powiedzenia w sprawie wyklętych,więc chwyta się takich płytkich i prymitywnych form przekazu.Przeciętny wyznawca kultu wyklętych wie,że ,,walczyli z komunizmem” i to właściwie wszystko,co bardziej świadomy wyklętysta potrafi wymienić jeszcze kilku dowódców oddziałów zbrojnych i na tym koniec merytorycznej treści,czyli zupełna pustka intelektualna.

Prawicy wcale nie zależy na dogłębnym poznaniu historii antykomunistycznego podziemia

i poważnej dyskusji polityczno-historycznej,bo wnioski z niej wynikające mogłyby być  mocno nie po myśli politycznych sponsorów tej całej błazenady z wyklętymi.

Józef Szujski już 140 lat temu napisał  „O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej polityki”.

Taka fałszywa historia służy zupełnie szkodliwej poltyce.Oczywiście prawica czerpie z wyklętyzmu określone korzyści polityczne,które przekładają się w ostateczności na głosy wyborcze,nie oznacza to jednak,że społeczeństwo odnosi z tego jakąkolwiek korzyść,a już na pewno wyklętyzm nie służy prawdzie i elementarnej etyce społecznej,na ale nie wymagajmy tego od naszych prawicowych polityków i ich ekspozytury w nauce,jaką jest IPN.

W niniejszym artykule pragnę się odnieść właśnie do tego przekazu polskiej wojny domowej lat 40 tych i 50 tych,jaki serwują nam specjaliści od propagandy z IPN.Absolutnie jednak nie podejmuję się opisywania rzeczywistego zjawiska polskiego podziemia antykomunistycznego tamtego okresu,

bowiem jest to zjawisko bardzo obszerne i trudne.Polskie losy powojenne były mocno skomplikowane i powikłane i myślę,że nawet zawodowym historykom trudno byłoby  jednoznacznie opisać i ocenić tamten czas i jego głównych bohaterów ze wszystkich stron ówczesnego konfliktu. Wojna domowa zawsze jest dramatem narodu.Nie ma w niej stron jednoznacznie dobrych i jednoznacznie złych,słusznych i niesłusznych,prawych i niemoralnych.

Historia wojen domowych nigdy nie jest czarno-biała i nie zamierzam pochwalać żadnej ze stron ówczesnego konfliktu.Mam świadomość czym moralnie i praktycznie był  komunizm lat 40 tych i 50 tych,także ten w polskim wydaniu,choć o niebo było on łagodniejszy od swojego sowieckiego odpowiednika.

To tyle uwag wstępnych.

Istota patriotyzmu

 

Mam to szczęście,że nauki pobierałem w „komunistycznej szkole” i „komunistyczni nauczyciele”

uczyli mnie patriotyzmu.To była dobra szkoła.Czym zatem jest patriotyzm?Musimy sobie odpowiedzieć na to pytanie,chcąc podjąć rozważania na temat patriotyzmu wyklętych.No bo przecież wyklętyzm głosi,że to właśnie żołnierze wyklęci byli jedynymi polskimi patriotami tamtego czasu a ich przeciwnicy i polityczni oponenci byli zdrajcami i „pachołkami Moskwy”chcącymi zniewolić naród polski.

Mnie uczono,że patriotyzm to miłość swojej ojczyzny i narodu,pragnienie służenia mu swoją pracą

i w razie konieczności walką z wrogiem,aż do ofiary życia włącznie.

Patriota to jednak człowiek ,który dla ojczyzny chce żyć i chce by naród ,którego jest członkiem

odnosił korzyść z jego życia i służby ojczyźnie.Taką korzyść powinien odnosić naród także z podejmowanej w imię patriotyzmu walki zbrojnej,która w zamierzeniach przywódców narodu daje szanse na zwycięstwo lub odniesienie przez naród konkretnych korzyści w jego położeniu -jego wolności ,dobrobytu i praw.Myślę,że to rozsądna definicja patriotyzmu.

Czy zatem wyklęci byli takimi patriotami,jak głosi oficjalna propaganda prawicowej polityki historycznej?Moim zdaniem zdecydowanie nie.Oczywiście ipeenowcy nie przyznają  tego.

Wedle ich wersji interpretacji polskiej wojny domowej sensem walki wyklętych było „okazanie ducha Narodu” co skutkowało lękiem komunistów przed rozprawą z Kościołem i kolektywizacją.

Wyklęci ocalili więc polski Kościół i chłopów.Tym samym wyklęci osiągnęli ważne  dla narodu cele polityczne.Bzdura,bzdura absolutna.Wyklęci nie osiągnęli zupełnie nic.Oceny IPN u są po prostu sprzeczne same w sobie.Ipeenowcy twierdzą,że polscy komuniści byli jedynie marionetkami Stalina, a więc to według nich Stalin rządził Polską,stąd wniosek,że to Stalin przestraszył się garstki łapciuchów ganiających po podlaskich lasach ze strzelbami-taki jest logiczny wniosek z propagowanych przez IPN tez historycznych.Czy ktoś ,kto ma elementarne pojęcie o historii może traktować poważnie takie twierdzenia?Rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej.W latach 1944-1948 faktyczną głową państwa był I sekretarz PPR Władysław Gomułka,komunista o osobowości i programie politycznym odległym od sowieckiego wzorca komunisty  i komunizmu.Gomułce nie w głowie była rozprawa z Kościołemi kolektywizacja,wiemy o tym na pewno z licznych źródeł.Oczywiście Stalin miał swój plan sowietyzacji Polski i na pewnym etapie Gomułka był mu potrzebny.Plan Stalina na pewno uwzględniał polską specyfikę i „ducha Narodu” i na pewno przewidywał rozprawę z Kościołem i kolektywizację.W 1948 Gomułka przestał być potrzebny, został wyrzucony, zapłacił sporą cenę za swoje poglądy i realizowany program polityczny. Od 1948 roku możemy mówić o faktycznej sowietyzacji Polski,trwała ona do śmierci Stalina w roku 1953,od tego czasu komunizm w naszym kraju wyhamował, a w 1956 zupełnie zmienił swoje oblicze i do władzy powrócił Gomułka.Na nasze szczęście Stalin rąbnął w kalendarz i sowieckiej wersji komunizmu już nikt później nie próbował aplikować Polakom.Ale to już inna historia.Wracamy do roku 1948.

W tym czasie nie ma już praktycznie wyklętych,nieliczne leśne oddziały zbrojne,jakie jeszcze funkcjonują, nie mają już żadnego znaczenia politycznego i wojskowego.Wtedy też zaczyna się zaostrzać kurs wobec Kościoła.Wiemy jednak,że Kościół przetrwał ciemną noc stalinizmu w całkiem dobrej kondycji i bynajmniej nie potrzebował do tego wyklętych.Polski Kościół ma swoją mądrość,której nadrzędnym celem jest pokój i realizm.Działalności wyklętych na pewno nie przyświecały te wartości.Nie będę opisywał,niezwykle zręcznej ,moim zadaniem, polityki Kościoła w tamtym czasie.

Dość powiedzieć,że Episkopat odciął się zdecydowanie od wyklętych.w podpisanym z komunistycznymi władzami porozumieniu z kwietnia 1950 roku, zobowiązano się do wyciągania konsekwencji kanonicznych wobec duchownych,którzy okazaliby jakąkolwiek pomoc wyklętym.

Porozumienie z władzami podpisał, niedawno wybrany ,prymas Stefan Wyszyński.Wówczas jeszcze funkcjonowały nieliczne grupy partyzanckie ale okazały się one zupełnie zbędne Kościołowi.

Takie stanowisko Kościoła ma swoje konsekwencje polityczne ale również i etyczne i pokazuje, jak Kościół oceniał działalność wyklętych.Polecam uwadze ipeenowskim hunwejbinom antykomunizmu postać kardynała Wyszyńskiego,bo jest to postać ,którą wedle kryteriów prawicowej polityki historycznej należy uznać za postać propagującą „totalitarną ideologię komunistyczną” i przykładowo zdekomunizować.Proszę sobie wyobrazić,że ten czerwony bezwstydny pająk powiedział do polskich patriotów w Monachium w 1975 ,że „komunistyczny reżim totalitarny”jaki wówczas panował w Polsce, jest wolną Polską,zwrócił wtedy bezczelnie uwagę,że nie należy śpiewać „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” ale kazał patriotom śpiewać

„Ojczyznę wolną pobłogosław Panie” Ale to nie wszystko,komunistyczni agenci z Watykanu ogłosili

tego oczywistego komunistę sługą bożym,co jest pierwszym stopniem świętości.Jeśli IPN chce budować wolną Polskę, to koniecznie trzeba jeszcze zdekomunizować siedlisko komunistycznych agentów w Watykanie.Jak walczymy z komunizmem, to róbmy to po całości.

Powyższe wskazuje więc,że walka wyklętych nie miała zupełnie żadnego sensu politycznego

i Polska nie odniosła absolutnie żadnych korzyści z działalności wyklętych  a jedynie same starty.

 

Garść faktów

 

Walkę z władzami komunistycznymi podjęło szereg organizacji konspiracyjnych o różnym rodowodzie organizacyjnym i ideowym.Trzon uczestników konspiracji stanowili żołnierze,

wywodzący się z okupacyjnej AK.Drugą liczącą się grupę stanowiły organizacje o rodowodzie endeckim.Organizacji konspiracyjnych było co najmniej kilkanaście i miały one różny program polityczny,wojskowy a jeszcze inaczej wyglądała praktyka działania poszczególnych dowódców

w terenie.Po zapozananiu się ze źródłami dotyczącymi wyklętych dochodzę do wniosku,

że... żadnych wyklętych w ogóle nie było.Były liczne grupy konspiracyjne i zbrojne ale nie było jednolitego programu politycznego i politycznej reprezentacji ,programu wojskowego,

jednolitego dowództwa,łączności,zaopatrzenia.

Mówiąc krótko-każdy wuj na swój strój.Jeśli to było powstanie antykomunistyczne,jak głosi ipeenowska propaganda, to było to najgorzej zorganizowane  i przeprowadzone powstanie

w naszej historii.Co by jednak nie powiedzieć to robili to poważni wojskowi,którzy wcześniej zorganizowali znakomitą armię podziemną,jaką była Armia Krajowa.Dlaczego tak wyszło?

Ano dlatego ,że nikt poważny w polskim państwie podziemnym nie zamierzał na serio walczyć

z komunistami.Ci ludzie po prostu myśleli i nie chcieli na daremno przelewać polskiej krwi.

Tak,tak panowie z IPN u,takie są fakty,wiecie o tym doskonale,ale tego nie powiecie,bo otrzymaliście polityczne zlecenie stworzenia pustej bańki ideologicznej do brudnych politycznych celów i póki co wywiązujecie się z tego zadania tak jak możecie,no i robicie z siebie i ludzi wariatów.

Faktem jest,że był zbrojny opór wobec tworzenia się władz komunistycznych,były liczne akcje zbrojne żołnierzy podziemia z czasów okupacji,jednak moim zdaniem był to wynik zwyczajnej głupoty,często także tragicznej konieczności samoobrony przed brutalnością władz.Ja jednak nie oceniam tego jako walki o wolną Polskę,bo wyklęci nie reprezentowali nikogo poza sobą samymi.

Przejdźmy jednak do faktów.

W połowie 1944 roku polska armia podziemna AK liczyła około 300 tysięcy żołnierzy.

Była to struktura dobrze zorganizowana i dowodzona,zdyscyplinowana i skuteczna,jeśli podjęto decyzję  o przeprowadzeniu akcji zbrojnej.Pominę milczeniem niechlubny i tragiczny przypadek Powstania Warszawskiego.Niezmiernie ważne procesy w szeregach AK uruchomił rozkaz o jej rozwiązaniu wydany przez komendanta głównego gen. Leopolda Okulickiego, Niedźwiadka, 19 stycznia 1945 r. Oznaczało to formalne zakończenie działalności AK, jednak jeszcze tego samego dnia Niedźwiadek wysłał tajny rozkaz do najwyższych dowódców AK, w którym pisał, że dowódcy nie ujawniają się, zachowują dobrze zakonspirowane sztaby i sieć radiową.

Po wkroczeniu na tereny przedwojennej Polski armii czerwonej,nasz kraj stał się terenem przyfrontowym i dowództwo sowieckie uznało,że bezpieczeństwem na tym terenie zajmą się organy bezpieczeństwa armii sowieckiej.Sowieci prowadzili dość obcesową i brutalną politykę wobec polskiego podziemia.Masowe obławy,łapanki,obozy filtracyjne i w efekcie wywózki na Sybir.

Na terenie Polski aresztowano kilkadziesiąt tysięcy konspiratorów ,z czego znaczną część wyekspediowano na Sybir.W efekcie straty osobowe polskiej konspiracji w przeciągu niecałego roku przekroczyły straty podczas całej okupacji niemieckiej.Sowieckie służby specjalne zadały podziemiu potężny cios pod koniec marca 1945 r., kiedy to podstępnie aresztowały szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Wśród nich ostatniego komendanta AK gen. Okulickiego oraz Delegata Rządu na Uchodźstwie Jana Stanisława Jankowskiego. Dowództwo nad poakowskimi strukturami przejął płk Jan Rzepecki, Ożóg. Od maja 1945 r. stał na czele nowo powołanej organizacji pod nazwą Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj, która przejęła wszystkie aktywa po AK. Dowództwo organizacji konsekwentnie stało na stanowisku, że należy dążyć do wyciszenia walki zbrojnej. Uważano, że będzie ona miała uzasadnienie jedynie w momencie konfliktu między Anglosasami a Sowietami. Kolejne odezwy i rozkazy szły w kierunku „rozładowania lasów”, czyli wyprowadzenia z konspiracji jak największej liczby partyzantów. Uważano, że w trakcie sześcioletniej okupacji polskie społeczeństwo poniosło olbrzymie straty, dlatego należy unikać następnych. DSZ rozwiązano 6 sierpnia 1945 r. Obawiano się, że dalsze trwanie konspiracji wojskowej utrudni polityczną działalność wicepremiera i prezesa PSL Stanisława Mikołajczyka. Wcześniej, bo 1 lipca 1945 r., rozwiązała się Rada Jedności Narodowej, pełniąca funkcję podziemnego parlamentu. Polskie Państwo Podziemne przestało faktycznie istnieć.

Od tej pory wszelkie grupy konspiracyjne uzyskują status rebeliantów,czy jak to się dzisiaj nazywa terrorystów.

2 września 1945 r. powołano nową organizację Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji Wolność i Niezawisłość). Miał to być twór przejściowy i miał zostać rozwiązany po wolnych wyborach do parlamentu. Główne założenia organizacji zawarto w pochodzących z połowy września „Wytycznych”. W głównej mierze miał on wspierać wszystkie polityczne stronnictwa demokratyczne (niekomunistyczne), których celem była budowa demokratycznej i niezawisłej Polski.Ta organizacja przetrwała  do początków lat 50 tych.Ogółem konspiracja poakowska stanowiła większość w antykomunistycznym podziemiu i wynosiła około 50 procent,dalsze 20 procent stanowiły grupy związane z Narodowymi Siłami Zbrojnymi oraz około 30  procent

rozproszonych grup zbrojnych.Widać więc jasno,że naród wcale nie walczył zbrojnie przeciwko komunizmowi,jak głoszą ipeenowcy.Programu działania podziemia poakowskiego

nie można przecież uznać za program czynnej walki zbrojnej przeciwko ówczesnej władzy komunistycznej..Program tej formacji konspiracyjnej był raczej programem politycznym oraz hibernacją struktur wojskowych na wypadek III wojny światowej oraz ich stopniowym wygaszaniem. „Walka Narodu Polskiego z komunizmem”jest więc propagandowym mitem.

Niczego takiego po prostu nie było.Jednak walki zbrojne toczyły się na terenie naszego kraju,

wynikały one  z tego, co już napisałem wcześniej-każdy wuj na swój strój,faktycznie to poszczególni dowódcy terenowi organizowali te walki i po swojemu prowadzili wojnę.Co potwierdza rebeliancki charakter walki wyklętych.A więc nie powstanie, ale co najwyżej ruchawka niezbyt rozgarniętych konspiratorów.

W 1945 r. przez szeregi oddziałów partyzanckich przeszło między 13–17 tys. ludzi. Największą siłą zbrojną podziemie dysponowało w połowie tego roku. Na terenie całej Polski w granicach pojałtańskich istniało ponad 340 oddziałów zbrojnych.Trudno tych ludzi uznać za naród polski,czy nawet ich reprezentantów,trochę za mało,czyż nie?

Od września 1945 roku odpowiedzialność za bezpieczeństwo na terenie kraju przejmuje polskie komunistyczne Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego.Ustalmy sobie,że nie byli ludzie o moralności św.Franciszka z Asyżu,jednak podlegali jakiejś władzy politycznej.

Władysław Gomułka nie był typem zaślepionego ideologicznie ludobójcy.Określiłbym go,że zacytuję klasyka naszego życia politycznego „komunistycznym,ale jednak patriotą”Gomułka chciał uspokoić kraj.2 sierpnia 1945 roku zostaje ogłoszona amnestia dla członków podziemia ,prowadzących działalność antyrządową.Korzysta z niej około 40 tysięcy konspiratorów. Kolejna amnestia zostaje ogłoszona22 lutego 1947 r. przez Sejm Ustawodawczy wyłoniony w sfałszowanych wyborach ze stycznia 1947 r. W marcu i kwietniu skorzystało z niej ponad 53 tys. osób, ponadto z więzień zwolnionych zostało ponad 23 tys. osób.Ta amnestia właściwie kończy polską wojnę domową.

Wielu historyków twierdzi,że wspomniane amnestie w istocie były kolejną formą walki z wyklętymi,

bowiem uzyskane w ten sposób informacje o podziemiu były następnie wykorzystywane do walki

z nim.Wielu ujawnionych wkrótce po tym aresztowano, a innych represjonowano na różne sposoby.Pewnie tak było,niemniej jednak ci z wyklętych,którzy się ujawnili ,żyją często do dzisiaj.

Ludzie ci lepiej lub gorzej żyli po wojnie ,a wielu z nich ze względu na swą akowską przeszłość, wstąpiło do komunistycznej organizacji kombatanckiej ZBOWiD,z pewnego źródła wiem nawet

o wyklętych którzy wstąpili do PZPR,to nie żart byli tacy, naprawdę!

Po lutym 1947 roku w zbrojnej konspiracji,przede wszystkim w partyzantce, pozostaje nie więcej niż 2 tysiące wyklętych,do połowy lat 50 tych  grupy zbrojne zostają po kolei odstrzeliwane przez UB i KBW.Historia wyklętych kończy się poddaniem,tym w istocie było skorzystanie z amnestii,

lub śmiercią na polu walki dla tych ,którzy broni nie złożyli.

Z szacunków wynika, że po stronie podziemia poległo w walce ponad 8,6 tys. partyzantów (wliczani są w tę liczbę również partyzanci UPA), aresztowano 79 tys. osób. Na mocy wyroków sądowych ponad 5 tys. skazano na karę śmierci (stracono ok. 3 tys.). W więzieniach miało umrzeć 21 tys. osób. Po drugiej stronie straty wyniosły odpowiednio: 12 tys. członków formacji mundurowych (UB, KBW, WP, MO, ORMO), 1 tys. żołnierzy Armii Czerwonej i funkcjonariuszy NKWD oraz 10 tys. cywilów (aktywiści partyjni, agentura UB i NKWD, ofiary przypadkowe i ofiary akcji pacyfikacyjnych polskiego i ukraińskiego podziemia).No i tyle wywojowali wyklęci.Państwo z którym walczyli przeżyło ich o 45 lat.Powstaje zasadnicze pytanie- czy warto było?Czy ktokolwiek miał z tej walki jakiś zysk?Pomińmy bajania o podtrzymaniu ducha narodu i okazaniu jego siły moralnej.

Wszystkie te ofiary były zupełnie niepotrzebne.Po raz kolejny w historii przelana polska krew poszła na marne.

Powrócę do pytania:czym w istocie była walka wyklętych?Powstaniem antykomunistycznym-jak głosi obecna polityka historyczna.Zdecydowanie nie było to powstanie,nie było żadnego programu walki zbrojnej ani dowództwa, ani jego reprezentacji politycznej. Przeciwnie, wytyczne organizacji konspiracyjnych,którym formalnie podlegali wyklęci,jasno formowały cel  jakim było unikanie walki zbrojnej i likwidacja oddziałów wojskowych.Teza o powstaniu ,głoszona przez IPN jest całkowicie błędna i z gruntu fałszywa a cel jej rozpowszechniania jest wyłącznie polityczny,nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną.Wielu poważnych historyków głosi  tezę o wojnie domowej,

do której i ja się przychylam.Oponenci tej tezy twierdzą,że w wojnie domowej nie biorą udziału obce wojska , a Polsce lat 40 tych w  walki angażowały się liczne oddziały sowieckie-NKWD i  armii czerwonej.Zgoda,tak było,tyle tylko,że w wielu wojnach domowych biorą udział obce wojska,co nie zmienia ich wewnętrznego ,dla danego państwa, charakteru,historia powszechna dostarcza mnóstwa takich przykładów.Nikt nie powie ,że np. hiszpańska wojna domowa z lat 30 tych nie była wojną domową ,a ile obcych wojsk brało w niej udział.

 

 

Insurekcjonizm

 

Postawę wyklętych najlepiej określa coś ,co ja nazywam insurekcjonizmem.

Insurekcjonizm to specyficzny rodzaj patriotyzmu.To kult czynu,godności,prawdy.

Insurekcjonizm pozbawiony jest całkowicie jakiejkolwiek myśli i kalkulacji zysków i strat z podjętej walki w imię  „prawdy i wolności”Postawę tą najlepiej charakteryzują słowa XIX wiecznej pieśni powstańczej Warszawianki: „Hej kto Polak na bagnety...Kto przeżyje  wolnym będzie,a kto umarł wolnym już”Insurekcjonizm jest szkodnictwem dla narodu.Można być szaleńcem i rzucać się

z motyką na słońce,jeśli komuś to pasuje, proszę bardzo.Rzecz w tym.że na szaleństwie nielicznych na ogół „patriotów” traci cały naród i giną niewinni ludzie.Z powołanych wcześniej danych jasno

wynika,że w wojnie domowej zginęło wielu „winnych” i niewinnych ludzi i zupełnie nic dobrego

z tego nie wyszło.W historii insurekcjonizm spowodował wielkie szkody dla Polski,odnosi się to również do działalności wyklętych.Insurekcjonizm jest również terroryzmem moralnym.

Schemat tego jest prosty-kto nie z nami ten zdrajaca,szumowina i pachołek Moskwy.

Taki terroryzm był wielokrotnie i skutecznie wcielany w życie w naszych dziejach.Tak też było

w czasach wojny domowej.Tak też jest obecnie w serwowanym społeczeństwu wyklętyźmie.

Ipeenowska propaganda rzuca na wszystkie strony radykalne określenia na przeciwników wyklętych: zdrajcy,pachołki Moskwy,totalitarny reżim komunistyczny etc..Nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością i prawdą.No ale przecież nie o prawdę chodzi w wyklętyźmie.

Prawda jest taka,że to komuniści mieli rację polityczną w tym sporze.

Prawda jest prosta i oczywista- w tamtym czasie nie było żadnych szans na inną Polskę niż komunistyczna.To nie ma nic wspólnego z żadną ideologią,to wynikało ze zdrowego rozsądku

i elementarnego patriotyzmu.Rozumiała to zdecydowana większość społeczeństwa i byłych akowców i jakoś,lepiej lub gorzej, ludzie układali sobie życie w tych realiach jakie wtedy były.

Rozumiał to Kościół,gdyż hierarchia dystansowała się od wykętych.Rozumieli to wszyscy przedstawiciele przedwojennego życia politycznego od konserwatystów po socjalistów.

Przez cały okres PRL u,nawet w okresie ciemnej nocy stalinowskiej,jawnie działali na niwie publicznej konserwatyści,endecy,piłsudczycy,ludowcy i socjaliści w imię realizmu i dobra Polski.

Polscy komuniści to także Irena Sendlerowa,Jacek Kuroń czy Rajmund Kaczyński(akowiec,ojciec Lecha i Jarosława) i miliony zwyczajnych ludzi.Więc można było znaleźć sobie miejsce  w tej Polsce,jakkolwiek była ona odległa od marzeń wielu Polaków.

Lider ówczesnej opozycji Stanisław Mikołajczyk wielokrotnie publicznie odcinał się od „band zbrojnych”mikołajczykowska prasa pełna była potępień dla zbrodni „band”

Czy Mikołajczyk też był zdrajcą i komunistą?

Ja polskich komunistów traktuję poważnie i uważam,z pewnymi zastrzeżeniami, za  ludzi ideowych.

Wielu z nich trafiło do PKWN u prosto z sowieckich łagrów,na własnej skórze doświadczyli, czym jest komunizm w stalinowskim wydaniu i bynajmniej nie mieli zamiaru budowania w Polsce totalitarnego potwora,myśleli i chcieli zbudować socjalizm inaczej i lepiej niż w Sowietach.

W tamtych czasach komunizm miał wielką siłę przyciągania.Uległy mu znaczące osobowości

ówczesnego świata,wspomnę tylko Alberta Einsteina,Pablo Picasso,Jeana Paula Sartre.

To nie byli gangsterzy i szumowiny,jak głosi ideologia antykomunizmu,choć oczywiście musimy też pamiętać,że efektem tej ideologii ,na naszym gruncie, były takie indywidua jak Adam Humer

i Anatol Fejgin.To taka drobna uwaga na marginesie moich rozważań.

Insurekcjonizm jest mi całkowicie obcy.Zupełnie nie jara mnie postawa polegająca na ganianiu się

po krzakach z ubowcami i krasnoarmiejcami,przy stosunku sił 1:50,po to by zginąć i dać świadectwo prawdzie.W popularnym mniemaniu taką postawę nazywa się pierdolcem,

 a ja idę o zakład,że jest na to paragraf w międzynarodowej klasyfikacji psychiatrycznej.

 

 

Teologia bomby atomowej

 

W tamtych czasach wiara w magię bomby atomowej była powszechna.Polska ulica cytowała wtedy

wierszyk:Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa,druga mniejsza, ale silna i wrócimy też do Wilna.Na tym wyobrażeniu zbudowane było przekonanie o rychłej,zwycięskiej dla Zachodu, wojnie.Temu myśleniu ulegli także całkiem poważni ludzie z polskiego państwa podziemnego,całkiem poważnie biorąc pod uwagę  możliwość wybuchu nowej wojny .

Stąd takie, a nie inne organizowanie powojennej konspiracji.Rzecz w tym,że bomba atomowa

była jedynie pustą bańką propagandową Amerykanów.Posiadanie broni atomowej miało oczywiście swoją wagę polityczną i wojskową,jednak jej znaczenie w tamtym czasie nie było takie za jakie się je powszechnie uważało. Dlaczego? Dlatego,że Stalin też posiadał potężną broń masowego rażenia.Gdyby Amerykanie użyli przeciwko Sowietom bomby atomowej  i zamienili Polskę w wielką Hiroszimę,bo to naszym terytorium ta broń zostałaby użyta,to Stalin zamieniłby Niemcy w komorę gazową.Bomba atomowa dawała Zachodowi bardzo iluzoryczną przewagę militarną.Siły konwencjonalne Zachodu i Sowietów też były wyrównane.Stąd płynął wniosek,

że żadnej nowej wojny nie będzie,bo nikt jej nie wygra, a skoro nikt jej nie wygra ,nie było sensu jej zaczynać. Wiedział o tym Truman i wiedział o tym Stalin i na wzajemnym wymachiwaniu szabelką się skończyło. Wiedzieli  o tym wszyscy słuchacze podchorążówek na Wschodzie  i Zachodzie,

a wyklęci nie wiedzieli i pustą propagandę brali na poważnie.Zresztą ustalmy sobie,że państwa demokratyczne nie są wyrywne do wojny.Przeciętny Amerykanin może nawet i lubił Polaków,j jednak nie poświęciłby dla nas nawet paznokcia, nie mówiąc już o życiu.Wniosek stąd jest taki ,

że wyklęci byli baranami wełnianymi, a nie żołnierzami,bo każdy oficer powinien to wiedzieć,

a jeśli nie wiedział, to był baranem wełnianym.Proponuję,by dzień pamięci żołnierzy wyklętych nazwać dniem pamięci baranów wełnianych.

Załóżmy jednak,że III wojna wybucha i Amerykanie bombardują Sowietów i sprzymierzoną z nimi polską milionową armię komunistyczną bombami  atomowymi,po czym zjednoczone wojska wolnego świata dochodzą do Uralu, w tym kilkumilionowy odrodzony Wermacht.Co w efekcie tej wojny mają Polacy-wolną Hiroszimę okrojoną do pasa Wisły.Niemcy oczywiście odzyskują swoje ziemie na zachodzie i północy Polski,kresów nikt nam nie oddaje,bo to przecież nie Stalin wymyślił linię Curzona.Czy ktoś ,kto myślał trzeźwo i w kategoriach racji stanu naszego narodu mógł tego chcieć?Jest to kolejny dowód na to,że wyklęci byli baranami wełnianymi.Z pewnością mieli oni dobre intencje,ale dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

W połowie lat osiemdziesiątych Zbigniew Brzeziński,którego trudno posądzać o sympatie komunistyczne,napisał,że w warunkach zimnej wojny najlepiej polskie interesy realizuje sojusz

z Sowietami i  w ówczesnej sytuacji jest on optymalny dla polskiej racji stanu.W pełni zgadzam się

z tym poglądem.Za ten sojusz płaciliśmy sporą cenę ,przede wszystkim ideologiczną,jednakże w zamian mieliśmy pokój,wzrost demograficzny i najkorzystniejsze w historii granice i moim zdaniem koniec końców ten sojusz opłacał nam się. Zimna wojna zaczęła się tuż po II wojnie i wspomniany pogląd Brzezińskiego dotyczy także tego okresu.

„Ulitma ratio regum” wypisane było na armatach, z których Ludwik XIV kazał walić do rebeliantów.

„Ratio regum” nie ma nic wspólnego z komunizmem,nacjonalizmem,kapitalizmem i jakimkolwiek innym izmem,to podstawowy interes państwa i narodu,a ten w tamtych czasach był po stronie komunistycznej władzy,czy to się komuś podoba ,czy nie.„Pić to trzeba umić”powiedział w jednym ze swoich filmów Cezary Pazura.Robić wojnę i politykę też trzeba „umić”Wyklęci tego nie umieli

w związku ,z czym byli szkodnikami ,a szkodników tępi się przy pomocy UB,KBW,NKWD

i wszystkiego ,co jest pod ręką. Life is brutal.

 

 

Tchórzostwo

 

Polska wojna domowa skończyła się wraz z drugą amnestią w lutym 1947 roku.Wyklęci uznali swoja porażkę i złożyli broń.Zastanówmy się jednak -jak ten fakt wpisuje się w prawicowy przekaz historyczny.Jak go ocenić w kategoriach propagowanych przez wyklętyzm wartości.

Nie widzę innej oceny jak uznania ,że wyklęci byli tchórzami i zdrajcami sprawy narodowej.

W roku 1947 wybuch III wojny był bowiem bardziej prawdopodobny niż w roku 1945,było to oczywiste nawet dla szeregowca,bo wiadomo,że każda wojna wymaga przygotowania,jest raczej mało prawdopodobne, by jedna wojna światowa wybuchała zaraz po drugiej.W tamtym czasie zresztą napięcie między dawnymi sprzymierzeńcami narastało,więc prawdopodobieństwo wojny rosło i szanse powodzenia sprawy wyklętych również.Co robią  w tej sytuacji nasi wyklęci,zwani też niezłomnymi.Podwijają ogon pod siebie i potulnie poddają „Sprawę Narodową” „komunistycznym zbrodniarzom i pachołkom Moskwy”wydając Naród na pastwę „zwyrodnialców”Taki jest logiczny wniosek z treści antykomunistycznego przekazu,jaki serwują nam ipeenowcy.Obraz żołnierzy opuszczających pole walki mocno kłóci się z propagowanym obrazem niezłomnych.Czyż nie?

Ja nie uważam przyjścia po rozum do głowy za  tchórzostwo,ponieważ jednak używanie radykalnych określeń jest modne w naszym życiu publicznym,to i ja utrzymam się  w tej konwencji.

Po 1947 roku w konspiracji pozostają nieliczni ,nie więcej niż 2 tysiące.Zachodzi pytnie:

co było „nie halo” w tej sytaucji:dwudziestokilkumilionowy naród ,czy wyklęci.Są dwie możliwości.

Pierwsza to taka,że naród okazał się „swołoczą,wybierającą bydlęcą egzystencję pod sowieckim knutem”Tego jednak ipeenowcy nie powiedzą głośno,bo to w końcu potomkowie tej swołoczy płacą im dobre pensje,a nie kąsa się ręki,która karmi.Możliwość druga jest taka,że to wyklęci byli

„nie halo”Tego jednak też ipeenowcy nie powiedzą na głos,bo przyznaliby tym samym ,że robią

z siebie i ludzi ,do których kierują tą propagandę,idiotów.Więc pozostaje nadal błaznować

i organizować biegi,rekonstrukcje etc. i tak to się kręci z tymi żołnierzami wyklętymi.

 

 

 

 

 

 

Luźne uwagi

 

Swoje przemyślenia kierują do Ciebie młody, lewicowy czytelniku ,z nadzieją ,że trafisz tutaj.

Chcę dać Ci odtrutkę na zalewające nas  zewsząd  prawicowe zidiocenie.

Wyklętyzm,podobnie jak cała ideologia antykomunizmu jest kierowany do ludzi młodych.

Nikt,kto pamięta czasy komunizmu,czy raczej,jak my na lewicy to nazywamy,czasy realnego socjalizmu,nie traktuje tego poważnie,no może za wyjątkiem oczywistych oszołomów,których jest niestety bez liku na naszej przaśnej prawicy.Wspomniałem już wcześniej o fałszywej historii jako

mistrzyni fałszywej polityki.Fałszywość historii wyklętych dobrze chyba wykazałem w tym artykule.

Czemu więc ta fałszywa historia  służy? Zamysł tej propagandy jest prosty jak konstrukcja cepa.Wyklęci walczyli z komunizmem, a z komunizmem walczyli też Kaczor,Macierewicz, Tusk

i reszta tego politycznego ,nadwiślańskiego Muppet Show,w związku z czym  to oni są ich moralnymi spadkobiercami i szlachetnymi Polakami,w związku z czym należy na nich głosować

w wyborach.Taki jest zresztą cały zamysł ideologii antykomunizmu.Trzeba głosować na antykomunistów jako prawdziwych polskich patriotów,ponieważ poza polskimi patriotami są tylko komuniści,członkowie lub spadkobiercy kryminalnego gangu szubrawców,których należy skreślać na kartach wyborczych.W tym celu wymyśla się politykę historyczną tworzącą obraz komunizmu,

czy raczej realnego socjalizmu, jako zbrodniczej ideologii i praktyki od samego początku do samego końca i nawet do czasów współczesnych,gdzie na siłę wyszukuje się reliktów komunizmu.

Jest to robione na chama,wyciągając prawdziwe i rzekome fakty i postacie,przemilczając inne niewygodne i niepasujące do tego obrazu.Polskiej lewicy i jej postaciom szyje się odpowiednio skrojone buty.Według tej narracji nie ma różnicy między Hansem Frankiem a Edwardem Gierkiem, bo jeden i drugi rządzili Polską z obcego jarłyku.Ten przekaz jest niezwykle prosty, rzekłbym prymitywny i oczywiście całkowicie fałszywy, jednak ma pewną nośność społeczną.Jest on kierowany szczególnie do ludzi młodych, niepamiętających PRL u.Tak spreparowanym fantomem komunizmu rzuca się na prawo i lewo,często na ludzi odległych od lewicy.

Spotkałem się  z poglądem wygłaszanym w naszym lewicowym środowisku,że my nie mamy nic wspólnego z komunizmem, czy raczej z realnym socjalizmem ,jak to się u nas mówi,więc nas to nie interesuje.I co z tego, prawica próbuje szyć  „totalitarne” buty nawet takim postaciom lewicy jak Barbara Nowacka i Robert Biedroń i chcąc nie chcąc trzeba się do tego odnieść.Zresztą każda szanująca się formacja polityczna powinna mieć swoją politykę historyczną .Kto inny ,jak nie lewica, jest powołany do głoszenia prawdy. i przeciwstawienia się manipulacjom i kłamstwu,bez względu na rodowód i tradycje.Tymczasem lewica w najlepszym razie wyniośle milczy, lub co gorsze, chowa głowę w piasek lub nawet przyłącza się do antykomunistycznego klangoru.Antykomunizm,w tym wyklętyzm, ma swój wymiar wewnętrzny, ale również aspekt międzynarodowy,tu już żarty się kończą.Mamy bowiem do czynienia z następującą konstrukcją-komunizm/Sowieci/Ruscy.

Służy to uzasadnieniu rusofobicznej i sprzecznej z polskim interesem, polityki międzynarodowej.

Jest to polityka szkodliwa i moim zdaniem niebezpieczna.Tracimy na tym wiele  i to bynajmniej nie symbolicznie, ale bardzo konkretnych pieniędzy,jakie moglibyśmy zarobić na współpracy gospodarczej z Rosją.Tym sposobem Polacy robią za mięso armatnie jankeskiego imperializmu.

Nie po raz pierwszy polski insurekcjonizm,wyrażający się również w wyklętyźmie,

jest wykorzystywany w obcych,szkodliwych dla nas , celach.Nie jest to polityka polska ,

ale amerykańska. Taką niestety politykę prowadzi się w naszym kraju od blisko trzydziestu lat.

Widać więc ,że antykomunizm ma swoich potężnych sponsorów.

Kilka lat temu prorok polskiej prawicy Bronisław Wildstein walnął sążnisty esej pod wielce wymownym tytułem „Dolina nicości”W  swym elaboracie „etycznej”polityce kaczyzmu,

w której oczywiście umieścił na poczesnym miejscy antykomunizm,przeciwstawił nihilizm moralny jej oponentów. Wolne żarty.Nie ma w polskiej polityce nic bardziej nihilistycznego niż kaczyzm.

Tam nie ma nic,zupełnie,żadnej idei ,żadnego patriotyzmu.Jest tylko piar i socjotecnika,na końcu których jest w ostateczności własne konto w banku i oczywiście pierdolec prezesa,zwany przez pisiaków zgrabnie „strategią polityczną Jarosława Kaczyńskiego”U platfusów jest tak samo, tylko nie ma pierdolca prezesa.Tak wygląda polska prawicowa polityka.Antykomunizm i wyklętyzm jest po prostu częścią piaru i socjotechniki prawicy.

Wracam do moich baranów, czyli wyklętych.W mojej miejscowości stoi skromna drewniana kapliczka z obrazem Matki Boskiej Bolesnej.Jest bardzo zadbana, a niedawno została odnowiona,widać ,że jest dla kogoś ważna.Mój ojciec,który pamiętał okres powojenny,powiedział mi ,że ta kapliczka została postawiona przez krewnych milicjanta w miejscu, w którym wyklęci skrytobójczo go zamordowali .Pytam się- jak czują się potomkowie tego milicjanta w dniu pamięci o żołnierzach wyklętych,kiedy słyszą oni,że ich przodek został słusznie zgładzony za zdradę narodu przez polskich patriotów?Wojna domowa w Polsce skończyła się 70 lat temu.Wyklęci przegrali ją,bo poddali się,a kości niezłomnych patriotów,którzy broni nie złożyli,bieleją do dziś pośród nadbiebrzańskich bagien.Komuniści też ją przegrali,bo od dawna nie  ma komunistów i komunizmu.

Po co więc odgrzewać tamten konflikt?Nie ma o co kruszyć kopii.Czy nie czas powiedzieć sobie wzajemnie „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”Żyją jeszcze ostatni uczestnicy tamtych wydarzeń,żyją ich potomkowie.Kto jak nie lewica powinien propagować prawdę i pojednanie.

Kto powinien upomnieć się o rodzinę tego milicjanta?

Zgłaszam pomysł zastąpienia narodowego dnia pamięci żołnierzy wyklętych narodowym dniem pamięci i pojednania. Prawica tego za nas nie zrobi,bo jest  cyniczna do bólu zębów i czerpie

z wyklętyzmu określone korzyści polityczne.

                                                                                              Krzysztof Jacek

“Obudź się, Polsko!”

Kościół ostatnio zwiódł PiS, bo pojednał się z Cyrylem moskiewskim. Ta “zdrada” zatrzęsła kaczystami, chociaż zdawali sobie sprawę, że w najlepszym przypadku mogą purpuratów pocałować tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Udali więc, że ich to nie obeszło, udali też, że zapomnieli nie tak dawnych rydzykowych obelg.

Okazuje się że w PiS wszystko jest na handel, byle dali dobrą cenę. No więc handel odbył się pod auspicjami eklektycznej imprezy, mianowicie marszu pod tytułem “Obudź się Polsko”. Szuwaks, mydło i powidło.

Demonstrowali więc niegdysiejsi obrońcy krzyża, kontestujący wyniki śledztwa w/s katastrofy smoleńskiej, miłośnicy radia Maryja w sprawie darmowej platformy cyfrowej dla ks. Rydzyka. Manifestowali przeciwnicy TVN i TVP oraz niezadowoleni z rządów PO. Trudno nie wspomnieć o związkach zawodowych Solidarność, ale z mętnych wywodów ich szefa trudno było dociec istoty sprawy, w jakiej przyszli protestować. Pomniejszych grup różnych interesów nie sposób było zliczyć.

Media okrzyknęły że to sukces organizacyjny, bo przyszło ponoć 200,000 luda. Nie wskazali wszak tego kto ten sukces odniósł. Duda, Kaczyński czy Rydzyk. Podobnie media rozkładały na wszelkie możliwe czynniki “sukces” debaty “ekonomicznej”, czyli konwentyklu skrzykniętego dzień wcześniej przez władze PiS-u. na temat gospodarki.

Jakość przedstawionego do dyskusji materiału była, jak wszystko w tej partii, powalająca. Strach pomyśleć, że ci faceci rzeczywiście mogliby kiedyś przejąć w Polsce władzę a to wcale nie jest takie niemożliwe, zważywszy na brak reakcji rządu na skandaliczne wybryki wszelkiej maści opozycjonistów i frustratów. Wszyscy oni na wszelkie sposoby starają się zdezawuować prezydenta, rząd i jego premiera.

Nie żebym miał popierać mało “udacznych” ministrów i ich dokonania, ale władza ma obowiązek egzekwowanie porządku prawnego. To dlatego płacimy podatki, m.in. na bezpieczeństwo, utrzymujemy wiele służb, aby państwo mogło ów porządek prawny egzekwować. Tymczasem nasz rząd nie reaguje na to co się w państwie dzieje.

PiS chytrze dobiera się Tuskowi do skóry. Systematycznie punktuje bijąc coraz mocniej. Na te wybryki rząd nie reaguje i tym samym prowokuje ich eskalację. Jakie jest ich przesłanie? Patrzcie, mamy rację, oni w ogóle nie reagują na nasze zarzuty. A milczenie to potwierdzenie. Zasada jest prosta – nie ma kary, nie ma miary. Skoro nie potraficie korzystać z instrumentów władzy to my wam pokażemy jak to się robi.

Czas na nauki po przegranych wyborach pisowcy zmarnowali na awanturę smoleńską. Niczego się nie nauczyli, liczą (czy aby nie słusznie), że naród to kupi. Wniosków z przegranej nie wyciągnęli, dowiedli tego kompletnym brakiem zrozumienia istoty i specyfiki problemów polskiej gospodarki, prezentując pożal się boże program gospodarczy którego wstydziła się nawet pani J. Staniszkis. Ale spęd się odbył, był mocno nagłaśniany i jest to punkt dla Kaczyńskiego.

Kolejną śmiesznością jest bezpartyjny premier “fachowiec”, tym razem socjolog. PiS wie, że nie zna się on na ekonomii. Wie także, iż wśród swoich partyjnych nie ma nikogo kto by się na ekonomii znał. Wie też, że może dojść do władzy. I co wtedy? Będzie zapewne śmiesznie, ale i strasznie.

Nowy figurant który w PiS ma robić za premiera jest socjologiem – profesorem. Przypominam, że jedną z funkcji socjologii jest funkcja apologetyczna. Apologetyka wg. mojej marnej wiedzy akademickiej to dział teologii fundamentalnej, zajmujący się obroną wiary – najczęściej chrześcijańskiej – przed zarzutami przeciwników oraz uzasadniający podstawowe prawdy wiary.

Def. “(…)Apologetyka stawia sobie za zadanie obronę przekonań religijnych za pomocą argumentacji historycznej i racjonalnej, bardzo często na podstawie Biblii. Celem jej jest m.in. wykazanie braku konfliktów między nauką a religią oraz między rozumem a wiarą.)” (sic)

To niesłychanie cyniczne stanowisko, które zajmuje PiS. Władza, władza, za wszelką cenę władza. Gdzie tu miejsce na odpowiedzialność za kraj, gdzie dbałość o jego dobrobyt czy choćby pomyślność. Tylko watykański Kościół będzie usatysfakcjonowany, jego interesy są zabezpieczone, a więc od nich PiS ma poparcie jak w banku.

PiS wie, że w gospodarce nic nie naprawi, bo nie umie, więc będzie gadane, gadane, gadane i… wystarczy. To koszmarny sen, ale może się ziścić. A ziści się na pewno wtedy, kiedy premier w dalszym ciągu nie będzie wykonywał swoich konstytucyjnych obowiązków. Kiedy pozwoli nadal skakać sobie “po pagonach”. Gdzie kto widział w cywilizowanym świecie klechów prowadzących manifestację razem z politykami. To zakłóca porządek prawny państwa. Obraża konstytucję i zdrowy rozsadek, wszak bogu co boskie a cesarzowi co cesarskie. Wymieszane sacrum i profanum, wszystko stoi na głowie a pan premier śpi.

To może znaczyć że nie tylko chleba, ale i igrzysk nie jest w stanie zorganizować. Ponadto ja, element społeczeństwa, chcę wiedzieć co z tym Smoleńskiem? Bo jeżeli w pisowskiej manifestacji ktoś niesie transparent z napisem TO BYŁ ZAMACH i nikt go za szerzenie defetyzmu nie aresztuje, to znaczy, że PiS ma rację, a rząd kłamie i sprawę smoleńską chce upchnąć pod dywanem.

Drugie pytanie dotyczy Komisji Majątkowej. Podobno (TVN24) Kościół przekręcił państwo na ogromną kasę Tak czy nie? Jeżeli przekręcił, to dlaczego nikt z tej afery nie siedzi i dlaczego prokuratura umarza śledztwo? Przy tym przekręcie AMER GOLD to mały pikuś, a jednak to właściciel Amber Gold siedzi, a jego fluorescencja hula na wolności. Mało tego, bonzowie Kościoła podnoszą raban kiedy pytani przez dziennikarzy o to, czy są świadomi iż uczestniczą w procederze okradanie państwa polskiego krzyczą, że to napaść i polityczne zagrywki skierowane przeciwko Kościołowi.

Więc proszę rządu - jak to jest? W państwowej kasie pusto, a każdy bezkarnie kradnie z niej ile się da. Znaczy rząd nie pilnuje państwowej kasy! To co rząd robi? Na pewno pierwszego dnia miesiąca idzie do kasy po pieniądze, ale czy na pewno na nie zarobił?

I na koniec do wszystkich “ważnych” polityków. Przestańcie organizować debaty ekonomiczne, bo może w Polsce ludzie to kupią, ale patrzy na to Europa. I dziwi się, że w tej Polsce wiedzą, że mają źle i nic z tym nie robią, tylko w kółko gadają. Poziomu takiej debaty nie wyznacza ilość dyspozycyjnej profesury uczestniczącej w konwentyklu, ale jej merytoryczne treści, których zabrakło. Uwaga ta dotyczy szczególnie kręgów lewicy, bo to w niej upatruję sukcesu gospodarczego mojego kraju.

A więc nie tylko wiedza, co trzeba w gospodarcze zmienić - bo to wiedzą wszyscy - ale jak to zrobić, Tylko to wiedzą już nieliczni.

Adam Zbigniew Gusiew

Pamiętajcie o ogrodach…

Wydawać by się mogło że temat ogródków działkowych jest już trochę nie na czasie. Temat jest jednak i aktualny i bolesny i niezałatwiony. Brak reakcji w stosownym czasie potwierdza tezę, że jest to nadal trudna sprawa, którą rząd odkłada na później. Tymczasem ktoś w oparach świętego spokoju ze strony rządu realizuje obstalunek biznesowy. Kto to jest ów ktoś?

 

Wychodzi na to, że ten ktoś ma długie łapy, wielkie możliwości, jest ogromnie łasy na pieniądze, których nie potrafi zarobić w uczciwy sposób. Ten ktoś ciągle “mąci wodę” i stara się w tym mącie łowić swoje interesiki. Tym razem przedmiotem jego “troski” stały się ogródki działkowe. Chodzi mu o to, aby pozbawić działkowców ich od lat uprawianych poletek.

Wszystkie powojenne władze w Polsce wiedziały, że ludowi trzeba nieco “odpuścić”. Od dawna “dobra władza” rozdawała ludowi mało ważne przywileje, m.in. przywilej posiadania działki ogrodniczej. To ważny datek. Sam pamiętam jak ważną pozycję w budżecie domowym stanowiła 500-metrowa działka ogrodnicza, którą po wojnie moi rodzice dostali na Mokotowie. Drzewa owocowe, krzewy, krzewinki, warzywa, świeże owoce przez całe lato, soki, przetwory na całą zimę. Wtedy po wojnie było to poważne zaplecze aprowizacyjne dla milionów ludzi w całej Polsce.

 

Dziś działki oprócz tradycyjnego zaopatrzenia ich właścicieli w różne frukta oferują tzw. aktywny wypoczynek. Działki to niwa hobbystów, a wreszcie miejsce najzwyklejszego wypoczynku dla ludzi, którym z różnych powodów inna forma relaksu na świeżym powietrzu jest po prostu niedostępna. Działki mają swój niepowtarzalny charakter i swoisty całkiem unikany mikroklimat. W największy skwar wystarczy przestąpić próg bramy działek by ogarnął nas cudowny chłód, taki jaki można dostać tylko od wielkiej ilości drzew.

 

e niewielkie działeczki to przeważnie perełki architektury zieleni, dla niektórych pełnią również funkcję mieszkalną. Ten fakt “nagle” odkryty i podany do szerokich rzesz opinii publicznej miał zapewne oburzyć (czytaj podburzyć społeczeństwo), i wystąpić przeciwko samowoli działkowców. Chyba się nie udało. Nie udało się pewnie dlatego że żyje wielu podobnych do mnie obywateli, którzy po wojnie doświadczali braku mieszkań.

 

Na działkach przeważnie mieszkali ludzie starzy, samotni, biedni, którzy nie umieli bądź nie mieli możliwości zmian swojego losu. Nikogo to nie dziwiło, nie oburzało. Pamiętam jak ojciec z matką przed każdymi świętami szykowali sporą paczkę, z wędlinami, wszelkimi wiktuałami, ciastem, i kazali tę pakę zanieść na działki dla pani Gieltowej. Może ktoś pamięta tę staruszkę zamieszkiwała na działkach między ul. Odyńca a Racławicką. O ile dobrze pamiętam, Zarząd Ogrodów Działkowych nie tylko akceptował tą sytuację, ale wyznaczał dyżury opiekujących się staruszkami.

 

Dziś, twórcy współczesnych “dziadów” chcą często niezamożnych działkowców wyrzucić z ich altan i ogródków. Po upływie dziesiątków lat sędziowie Trybunału Konstytucyjnego “zauważyli” że zapisy w ustawie o Pracowniczych Ogrodach Działkowych są niezgodne z konstytucją. Przyjmijmy także, że to oni sami a nie lobby deweloperskie kazało T.K. zająć się tą sprawą. Oczekujemy więc od uczonych mężów z T.K. zdrowego rozsądku, który nakazywałby poprawienie formalnego jak dzisiaj się okazuje błędu kazuistycznego bez robienia awantury na cały świat, narażając się po raz kolejny na śmieszność.

 

Po raz kolejny? Tak! Po raz pierwszy to Sąd Najwyższy skompromitował się przy sprawie pani Trawny, która po skorzystaniu ze wszystkich możliwych dobrodziejstw finansowych czasu Edwarda Gierka i Willy Brandta zdała majątek na skarb państwa wzięła kasę od Brandta i jako przesiedleniec z własnej woli (nie mylić z przymusowym wysiedleniem), określiła się jako Niemka i wybrała wolność na zachodzie. Jednak po latach pani Trawny postanowiła wrócić do Polski. Oczywiście - czemu nie. Pani Trawny zaczęła więc żądać tego czego się zrzekła i za co już wzięła pieniądze.

 

Pominę już znane wszystkim korowody prawne dotyczące rugowanych, prawowitych mieszkańców posesji. Posesji nadanej zgodnie z polskim prawem przez państwo polskie polskiemu obywatelowi. Pamiętamy przy tym tak liczne a nic nie warte deklaracje polityków poparcia i wsparcia dla wypędzanych. Okazało się, że Sąd Najwyższy przyznał Trawny prawo do majątku.

Dlaczego uważam, że ten Sąd oszukał Moskalików? Bo od niepamiętnych czasów jeżeli ktoś włada cudzą własnością w dobrej wierze, (uzyskują prawo do użytkowania nieruchomości a tak było z Moskalikami), to użytkownicy po nieustannym 20-letnim władaniu stają się w myśl Kodeksu Cywilnego właścicielami nieruchomości. (Moskalikowie władali nieruchomością w dobrej wierze przez niemal 30 lat). O co więc chodzi!? Temida co prawda jest ślepa, ale sędziowie powinni umieć pisać i czytać tekst ze zrozumieniem. Sędziom tymczasem wystarczył fakt że jakiś urzędas nie dokonał formalnego wpisu do K.W. mimo że istniała taka dyspozycja. To jest właśnie prawo po polsku. Tak polski sąd traktuje swoich obywateli.

To są elementarne niezbywalne obowiązki każdego cywilizowanego państwa, które to państwo z mocy prawa zobowiązane jest stosować prawo dla pożytku społeczeństwa z woli i w imieniu którego sprawuje służbę prawną na terenie III RP. Działkowcy mają pecha, ponieważ są beneficjentami “dóbr”, które nadała im niewłaściwa władza i sami są niewłaściwi, bo żyli w złych czasach. .

Chodzi tu jeszcze o coś innego. Działkowcy działają niezgodnie z konstytucją, więc pomajstrujemy trochę przy prawie, ale tak sprytnie, żeby po kilku latach już w majestacie prawa odebrać działkowiczom to czym władają od pokoleń. I na koniec. Nie jestem działkowcem, ale nie wierzę władzy, która dziś mówi o małej istotności zmian jakich trzeba dokonać aby wszystko było O.K. i lega artis. Działkowcy strzeżcie się tych, którzy knowają, działając niby to w waszym interesie.

Adam Zbigniew Gusiew

Koko koko euro spoko

Pamiętamy jak nowy pan minister przed Euro 2012 jeździł po terenach budowy poszczególnych odcinków autostrad, jak się kiedyś mówiło, z wizytą gospodarską. To dobrze, że młody uczy się od starszego (Edwarda Gierka). Nie wiem, o czym były “gospodarskie” rozmowy, ale w ich efekcie następowały cudowne zmiany na budowach zagrożonych odcinków autostrad, a szczególnie tych które miały strategiczne znaczenie dla obsługi Euro 2012.

Miło było patrzeć jak młody minister dogaduje się z wykonawcami poszczególnych odcinków autostrad, które rozwijały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Myślałem wtedy … no i przyszedł wreszcie ten, który potrafi… czyli młodzi są szansą dla kraju. Po tej konstatacji w pogodnym nastroju poszedłem na urlop. Z błogiego samopoczucia wyrwał mnie dość brutalnie komunikat o protestach wykonawców autostrad, bo im się nie płaci.

Trudno mi się o tym pisze, bo dla człowieka biznesu złamanie tej zasady to eliminacja elementarnych zasad w interesie. Nie można prowadzić biznesu bez zaufania. Zaufanie to podstawowa zasada. Jej złamanie to brak fundamentu dla budowy najprostszego interesu, a mówimy o najważniejszym partnerze w interesach - o państwie i o interesie, w jaki wdał się w imieniu państwa polskiego jego konstytucyjny minister. Ten minister w imieniu państwa dogadał się z prywatnymi wykonawcami autostrad, którzy pracując dniami nocami w piątek i świątek gonili kolejne terminy i oddawali kolejne odcinki autostrad do użytku.

Dogadać się to znaczy zawrzeć umowę w jakiejś sprawie, gdzie jedna ze stron zobowiązuje się do czegoś a druga ma za to coś zadośćuczynić zgodnie z ustaleniem i uzgodnionym terminem. Dziś jedna ze stron protestuje na znak, że stało się coś niewyobrażalnego - rząd nie dotrzymał umowy. Znaczy polski rząd oszukał człowieka, z którym wcześniej się układał a dziś nie wywiązał się z zawartych porozumień. Rzecz oczywiście dotyczy pieniędzy, których Główna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad z tylko sobie znanych powodów nie wypłaciła poszczególnym wykonawcom za wykonane zgodnie z umową prace.

Taka sytuacja dla mnie starego prywatnego przedsiębiorcy jest absolutnie horrendalna, ergo nie do przyjęcia. Wiedzieć trzeba, że w interesie wolno wszystko, nie wolno jedynie nie dotrzymać terminu płatności. Brak zapłaty w terminie powoduje automatyczne wykluczenie z rynku. Świat branżowy jest wbrew pozorom mały i hermetyczny, o “przekręcie” wiedzą wszyscy tego samego dnia. Może ta pisanina wydawać się długawa i nudna, ale rzecz jest o tyle istotna, że prywaciarstwo to ostatni bastion normalności w tym spaczonym kraju.

Tu w świecie normalności liczy się słowo. Na słowo dostaje się wszelki towar i później idą papiery, faktury, umowy, pieniądze. Nikomu też do głowy nie przyjdzie, że porządek ten można złamać. Okazało się, że przyszło… młodemu, zdolnemu, któremu dobrze życzyłem. Okazuje się że nie ma znaczenia czy młody, czy stary. Oto kolejny minister bez stosownych kwalifikacji za przeproszeniem politolog, czyli człowiek właściwie bez żadnego zawodu.

Ten skandal tylko pozornie wydaje się naszą wewnętrzną sprawą. Przygląda nam się uważnie świat, a Europa patrzy nam na ręce bardzo dokładnie. Ten rządowy przekręt odbije się na naszych stosunkach handlowych ze światem i utrudni, a także opóźni wszelkie transakcje handlowe. To kolejne dokonanie rządu historyków i innych “kolorowych” bezzawodowców. Nie ma skąd wziąć pieniędzy, powie rząd. Moja rada, niech rząd weźmie łopaty i zacznie kopać rowy, bo jedynie do tego nadaje się rząd, który nie ma pojęcia o gospodarcze, o rynku i jego prawach.

Adam Zbigniew Gusiew

Nadchodzi czas zbiorów

Tak to już jest że jest że co posiejemy to urośnie i nigdy inaczej nie będzie. Styropianowe spece od niczego przez dziesięciolecia niszczyły nie tylko substancję materialną, to zawsze wcześniej czy później da się odbudować. Ale są straty których zniwelować nie można, albowiem nie da się cofnąć czasu. Jak się okazuje skutkiem swojej nieskończenie radosnej polityki. Tym razem edukacyjnej. Okazało się że “styropianowcy” zmarnowały życie tej młodzieży która miała nieszczęście uczyć się w czasie trwania III RP. Na “sukcesy” w dziedzinie edukacji już dwa lata temu wskazywał kierownik katedry filozofii z U.J. Jego uwagi nie zrobiły jednak większego wrażenia, choć wskazywał że na uczelnie przyjmowani są półanalfabeci. Za komuny nie do pomyślenia było żeby uczeń z taką wiedzą (obecnie wynoszoną ze szkoły) mógł wyjść ze świadectwem dojrzałości. Dziś gdyby stosować kryteria słusznie minionego okresu to na uczelnie od biedy mogłoby zostać przyjętych ze względu na wiedzę ok. 30% stanu. Dotarło coś bo do szkół wprowadzono obowiązkową maturę z matematyki, co mogłoby sugerować że ktoś nad edukacją panuje. Ale w Polsce nic nie jest takie na jakie wygląda więc strajk nauczycieli powinien zrobić duże wrażenie tym większe że nie dotyczył on żądań ekonomicznych czy socjalnych. To pewna nowość w związkowych protestach bo wynika z nich że nauczyciele żądają od władz aby mogli (nauczyciele) ciężej pracować. Upominają się o odpowiedzialność “władz" w stosunku do uczniów. O co chodzi?! Okazuje się że nauczyciele w ogromnej większości wykonują misję a nie zawód. Nauczyciele żądają odpowiedzialności od styropianowych urzędasów z MEN!!! – Świat próbuje stanąć na głowie ale ludzie dopowiadający za jakość nauczania usiłują świat utrzymać w pionie i protestują oni przeciwko produkcji w szkołach bezmózgich automatów do rozwiązywania testów. Pozwolę sobie na osobistą dygresję w tej sprawie. Na niedzielnego grilla przyjechał do mnie mój najmłodszy syn - świeżo upieczony prezes firmy informatycznej. Opowiadał oczywiście o swoich dokonaniach w firmie, myślę że opowiadanie nie odbiegało od norm standardowych aż do momentu w którym zaczął mówić o swoich problemach z prowadzeniem firmy. Problemem generalnym był brak pracowników. Myślałem że się przesłyszałem. Jak w kraju o tak ogromnym bezrobociu gdzie ludzie z papierami mocnych uczelni są bezrobotnymi klientami urzędów pracy nie można znaleźć pracowników? “Pewnie jak większość młodej kadry kierowniczej szukałeś długonogiej 20 letniej blondynki z 3 fakultetami i 5 letnim stażem na kierowniczym stanowisku” kpiłem sobie. Ojciec co ty gadasz! Szukałem ludzi ze znajomością obsługi komputera z biegłą znajomością francuskiego, hiszpańskiego, włoskiego, rosyjskiego, szwedzkiego i angielskiego. Przez tydzień przyszło 400 C.V. Efekt przyjęliśmy 1 słownie jedną osobę drugą warunkowo w nadziei że się z czasem “ogarnie”. Wytypowane i zaproszeni na rozmowę kwalifikacyjną osoby (60 osób) w ogromnej większości nie rozumiały przesłania zawartego w ogłoszeniu. “Jak to nie rozumiały przesłania” pytam. Normalnie! Ich znajomość języka była żadna. Ale za to każdy miał 1000 innych jego zdaniem ważnych przymiotów i nijak nie był w stanie pojąć dlaczego taki drobiazg jak nieznajomość języka dyskwalifikuje człowieka z tak znakomitym dyplomem. Młody ambitny ten mój syn i pewnie trochę przesadza. Myślałem tak do momentu kiedy przeczytałemjak rzeczy się mają i jak ten faktycznie istniejący problem widzą przedstawiciele wysokiej nauki a mianowicie pani prof. Ewa Nawrocka kierownik Katedry Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego na konferencji poświęconej ocenie jakości kształcenia (która tam się odbyła) mówiła tak “(…) Bezmyślna i nieodpowiedzialna reforma szkolnictwa podstawowego i średniego doprowadziła do kompletnej zapaści edukacyjnej. Jej autorzy i orędownicy już gryzą ziemię, nauczyciele zmagają się z przeszkodami nie do przekroczenia, a my dostajemy studentów niedouczonych, niemyślących, intelektualnie leniwych i biernych, a do tego aroganckich”. Wystąpienie pani profesor jest więc kolejną alarmująca wypowiedzią na temat stanu edukacji publicznej w Polsce. Dalej w Gazecie Wyborczej z dnia 5-6 maja str. 18 pod artykułem “Profesor w krainie analfabetów” możemy przeczytać takie “laurki” jak opinia prezesa PZU Andrzeja Klesyka. “Na świecie trwa wyścig o talenty, które potrafią wiedze wykorzystać i zagospodarować. Trzeba je wyławiać, wzmacniać i promować. Brak tej umiejętności jest piętą achillesową polskiej edukacji na każdym poziomie.” A prof. Jan Stanek, fizyk z U.J. zwraca się do oburzonych “doskonale wykształconych” młodych bezrobotnych. “Nie jesteście – większość z was – dobrze wykształceni, a jedynie tak się Wam wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców. Wczoraj uczniowie liceów zdawali maturę z matematyki. Dalibóg nieporównanie większą wiedzą należało się wykazać na egzaminach wstępnych z matematyki do szkoły średniej niż ta którą dziś obowiązuje maturzystów. Tak wygląda następny “sukces” neoliberałów rządzących w Polsce, który skrzętnie acz bez satysfakcji odnotowujemy.

 

Adam Zbigniew Gusiew

W majowe święto w SLD po staremu?

Leszek Miller został szefem SLD. Nie nasza to sprawa, choć nie do końca. Pozaparlamentarna partia lewicowa winna wiedzieć, z kim przyjdzie jej współpracować w ramach porozumienia lewicy. Stary nowy przewodniczący nie wróży dobrze ani formacji, ani lewicy w ogóle. Leszek Miller przez ostatnie lata odnosił same sukcesy. Przygoda z A. Lepperem, własna partia,wyjście za struktur SLD. To znane sprawy i sprawki. Z innych zasług, którymi legitymuje się pan Miler to np. sprowadzenie truchła zdrajcy Kuklińskiego do Polski. Ten świetny manewr, spowodował że całe ludowe wojsko polskie nie zagłosowało na lewicę. A największym sukcesem było spowodowanie spadku poparcia dla SLD z 40% do stanu z którego SLD chyba już się nie podniesie.

Bardzo kolorowa biografia, której właściciel ogłasza zdumionej partii, że jest zwolennikiem wolnego rynku... Ale jak dumna to figura, to żal patrzeć jak przywódca SLD odrzuca wyciągniętą rękę z propozycją współpracy z lewicowym Ruchem Palikota. W ogóle dziwi taki wybór zgranej figury, ale vox populi vox Dei. Są jednak w świecie jakieś powody, dla których politycy mają ograniczone możliwości pełnienia ważnych funkcji.

Mówią że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, tymczasem miałkie hasełka i nadęte oświadczenia zdecydowanie kolidowały z podniosłą atmosferą święta majowego, w którym uczestniczyła zdumiewająca ilość młodzieży. Tłum był tak gęsty, że aż zamilkły wszystkie media ograniczając się do stwierdzenia, że w Warszawie odbyły się pochody pierwszomajowe, eksponując głównie przemarsz anarchistów. Pytanie - czy to piknik majówkowy i pogoda ściągnęły takie tłumy, czy chęć zamanifestowania poparcia dla nowego przywódcy partii. Ta zagadka rozwiąże się jak sądzę w najbliższych dniach, gdyż nowe władze SLD będą musiały zmierzyć się z dynamicznymi działaniami Ruchu Palikota, który odgryzł kawał tortu tradycyjnie należącego do lewicy.

Zresztą lewica straciła dużo czasu i szans w trakcie nieudanych roszad personalnych, a które nie powodowały istotnych zmian ani ideowych, ani gospodarczych w deklarowanych hasłach. Z roszad tych wyzierała jedynie chęć istnienia za wszelką cenę. Bardzo przepraszam, ale ludzie, którzy biorą się za kierowanie partią, oprócz wiedzy teoretycznej muszą mieć charyzmę. SLD ma ten kłopot taki, że albo ma ludzi z charyzmą, ale bez stosownego wykształcenia, albo ludzi z jakimś wykształceniem (niekoniecznie oczekiwanym), ale za to bez tego daru bożego – czyli charyzmy. Brak oczekiwanych koincydencji nie byłby tak znaczący, gdyby reprezentanci obu tych skrzydeł mieli w sobie tyle siły, pokory i dystansu do siebie, żeby powiedzieć: nie wiem jak to zrobić! Chyba jednak do takiej konstatacji trzeba dorosnąć.

Tymczasem nasi niewiedzący nie oczekują pomocy od tych, którzy powinni taką wiedzę mieć tylko do współpracy zapraszają jeszcze mniej wiedzących, bo przecież nie honor jest nie wiedzieć. Albo zapraszają akademicką profesurę, którą nie są w stanie pojąć, bo w ich otoczeniu nie ma nikogo, kto przełożyłby na język zrozumiały siłą rzeczy specjalistyczną terminologię, jaką zwykli posługiwać się wielcy znawcy przedmiotu. Wszak oni na co dzień mówią do studentów wyposażonych już w odpowiednią wiedzę, ergo są przystosowani do odbioru przekazywanej specjalistycznej wiedzy.

Tak! To na pewno jest pewien dyskomfort, ale jak się raz dowiesz nigdy już nie będziesz się wstydził. Tak twierdził mój profesor matematyki. To taki nauczyciel akademicki, gdzie na Jego wykładach studenci zajmowali wszystkie możliwe wolne miejsca, a to podłogę między rzędami ławek, a to parapety. Wszyscy umieli matematykę, nikt z niej nie uciekał i dziś nie musimy się wstydzić. Jest zatem pytanie: czy będziemy świadkami oczekiwanej metamorfozy kierownictwa SLD, czy dalej będziemy się zachwycali bonmotami pana Millera, choć inteligentnymi to nie niosącymi żadnych wartości intelektualnych. A może się mylimy? Z całego serca chcielibyśmy być w błędzie.

Adam Zbigniew Gusiew

Państwo na niby

Wśród rozlicznych śmiesznych zdarzeń jakie non stop mają miejsce w polskiej przestrzeni za przeproszeniem publicznej, są bardziej i mniej śmieszne. Wydarzenia różnej wagi falą wzbierają i opadają. Gotują się i kipią, a wrzenie i odgłosy przypominają wulkan tuż przed erupcją. W państwie na niby wszystko jest śmieszne ale czasami zaczyna być straszne.

W wulkanicznym tyglu na koniec tygodnia powróciły dwa tematy. Emerytury i śmierć pana generała Papały. W śmiesznym państwie śmieszni urzędnicy podejmują śmieszne decyzje. Dowiedzieliśmy się właśnie że generała Papałę zastrzelił pospolity złodziej samochodów. W śmiesznym kraju śmieszny złodziej chodzi na “robotę” uzbrojony i poluje na Espero generała. Zaiste podejrzany to złodziej samochodów który kradnie byle “daewoo” i jeszcze strzela do kierowcy.

Nie wiem co się zmieniło ale w światku przestępczym istniał ścisły podział specjalistów z różnych branż. Świat przestępczy też ma swój kodeks. Z kodeksu tego m. in. Wynika, że złodziej nie morduje, a morderca nie kradnie. Oczywiście śmieszna policja nic o tym nie więc i ściga fantasmagorycznych przestępców po całym świecie. Sytuacja jako żywo jest dokładną kalką morderstwa Państwa Jaroszewiczów.

Tam według śmiesznych śledczych kilku emerytowanych doliniarzy miało sforsować twierdze, przy ul. Zorzy w Aninie. Spacyfikować, znaczy zamknąć w osobnym pomieszczeniu psa potwora, szkolonego brodacza monachijskiego. Zamordować nie wiadomo po co premiera i jego żonę, ukraść fiński nóż i odejść spokojnie z miejsca przestępstwa.

Ja wiem że życie pisze najrozmaitsze scenariusze. Ale są scenariusze takie, których żaden wydawca by nie przyjął z powodu śmieszności pojmowania i przedstawiania rzeczywistości, a przecież wg. Wspomnianego kodeksu doliniarz nie zabija.

Zostawmy ten wątek i przepatrzmy inny. Tylko w śmiesznym kraju Komendant Główny mieszka sobie w mieszkaniu jak setka innych obywateli, choć zwykłym obywatelem nie jest. W normalnym kraju nie do pomyślenia jest, żeby taka figura nie miała stałej 24 godzinnej osobistej ochrony a choćby stałego partolu. Ale w państwie na niby jest to jak widać nie tylko do pomyślenia, ale i wykonania. Gdzie był i co robił BOR. Że to prawda! Prawda bo nikogo więcej w tym budynku żaden złodziej samochodów nie zastrzelił choć parę samochodów zapewne zginęło.

Co więc takiego się stało, że przecież dobrze znający swój fach stróże prawa wystawiają się na pośmiewisko? Pytamy dalej co takiego się stało w finansach publicznych, że pan premier Tusk ( z zawodu historyk) tak uparcie dąży do zmian terminów przejścia na emeryturę. Temat ma cechy zadry, jest grobem dla pana Tuska i koalicji a on spec od uników z dziwnym uporem brnie w zabójczy dla niego temat.

Dziwne bo problem ma dotykać ludzi za 20-40 lat. Nikt na świeci nie ma zielonego pojęcia co się będzie działo w kraju za tyle lat. Co to za rachunki, kto je wykonał? W ekonomii już plan 10 letni jest przyjmowany z mocnym marginesem błędów, jest raczej prognozą niż wiedzą. Planów dwudziestoletnich się nie prowadzi. Co więc się dzieje, że rzeczy czwartorzędne stały się sztandarowym zadaniem rządu. Jakie ma znacznie dla rządu czas, w którym tylko niektórzy historycy będą wiedzieli, że taki rząd w ogóle był.

Co rząd chce ukryć tocząc tak zaciekłe boje ze wszystkimi. Dziś OPZZ zapowiedział strajk generalny przeciw tej ustawie. Czego rząd broni? Przecież jest tyle możliwych rozwiązań tego problemu, że naprawdę nie ma o co kruszyć kopii. Rząd twierdzi ze demografia decyduje o wprowadzeniu takich właśnie regulacji. Obawiam się jednak, że to nie o to idzie. Przecież w okres produkcyjny wszedł właśnie rocznik wyżowy, dzieci rodziców urodzonych tuż po wojnie.

Odnoszę wrażenie że OPZZ nie wtrąca się do demografii ale do pracy - warunków pracy i płacy, jak najbardziej, bo to jest przedmiotem zainteresowań związków. A jeżeli tak to my natychmiast dołączamy do krytyki i protestujemy przeciwko temu, żeby rząd nie zajmował się rządzeniem. To rząd doprowadził do sytuacji że młodzież w Polsce nic nie zarabia. To pan premier wraz z rządem odpowiada za to, że młodzież nie ma pracy. To pan premier odpowiada za to, że emeryci nie dostają należnych im pieniędzy. Ich własnych pieniędzy. To rząd odpowiada za to, że budżet jest niezrównoważony.

W śmiesznym państwie śmieszny rząd ma same trudności, z którymi nie umie sobie poradzić i to tez byłoby śmieszne, gdyby nie było straszne a i śmiać się nie bardzo jest z czego. “Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.” Wszak ktoś ich wybrał. Szczęśliwie ja nie.

Adam Zbigniew Gusiew

Gra w chińczyka

Trudno nie przyjąć przedstawiciela wielkich i potężnych gospodarczo i militarnie Chin. Trudno też nie zauważyć, że to państwo komunistyczne, u którego w kieszeni siedzą wielkie kapitalistyczne Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Takiej żaby nasi spece od rządzenia jeszcze jeść nie próbowali. Z jednej strony dobrze byłoby mieć rok w rok wzrost PKB o te 10%, a z drugiej strony obrzydzenie do niedawno obalonego systemu powoduje mało komfortową sytuację. Ale to światowa potęga więc mus poprawności politycznej zapewne wywoła nieszczery uśmiech na twarzach gospodarzy witających premiera. Premiera gospodarczo zwycięskich komunistycznych Chin. Tych, których polityka mimo że opluta przez naszych “speców” od rządzenia, to jednak bezwzględnie absolutnie i bezdyskusyjnie tryumfująca.

My jak niedorozwinięci własnoręcznie zniszczyliśmy cały swój gospodarczy potencjał oni zaś zreformowali. Pamiętać też trzeba że Chińczykom jesteśmy dłużni wdzięczność za to że nie dopuścili do rozlewu krwi w 1956 r. To oni zagrozili Chruszczowowi interwencją w razie podjęcia agresji przeciwko Polakom, którzy chcieli jedynie modernizacji systemu. Dziś jakaś rozwydrzona szczeneria usiłuje protestować i pouczać Chińczyków w sprawie przestrzegania praw człowieka.

Przy okazji dowiedziałem się od jednego zasiedziałego w sejmie wybrańca narodu, że solidarność powstała nie dlatego, żeby było nam lepiej, tylko dlatego abyśmy byli wolni i dlatego z Chińczykami nie powinniśmy się kumać. Rzeczywiście, jak można było nie wpaść na tak oczywistą oczywistość. Wszak Styropian rozmontował system socjalny, ten który upodmiotowił człowieka. Zaimportował kapitalistyczną nędzę i niedole, ale za to jesteśmy wolnymi nędzarzami, wolnymi od wszystkiego, przede wszystkim od odpowiedzialności.

Mamy taki rodzaj wolności w której hewra Kaczyńskich może dowolnie obrażać wszystkie świętości na świecie – z wyjątkiem swoich. Ludzie ci wolni są od przestrzegania norm prawnych, ergo są całkowicie bezkarni. Co oczywiście ośmiesza państwo, ale rządowi najwyraźniej to nie przeszkadza. Mamy rząd pod wodzą którego Polska tylko dzięki sztuczkom księgowym pana Rostowskiego sprawia wrażenie że w finansach publicznych wszystko jest O.K. Ale nic nie jest O.K. i jak się rypnie to będzie bolało. Nadzieja w chińskich inwestycjach - ale te prawa człowieka...

Powiem tak, Europa spowodowała Ordnungschaffen i wprowadziła ordolieralizm zapisany jako Społeczna Gospodarka Rynkowa. To także wprowadzony do naszej konstytucji obowiązek odpowiedzialności za ojczyznę rodzinę i siebie. My chcemy mieć to co oni, ale robić tak jak się nam podoba, co oznacza że po swojemu będziemy lekceważyli przyczyny dobrobytu potęg, z których każda wyrosła z powodu konsekwentnie wdrażanych i przestrzeganych własnych jakże różnych recept.

No tak, to trudne zadanie, dużo łatwiej wrócić do korzeni, stać się przedmurzem chrześcijaństwa i już, kochamy Boga (czytaj kler), kraj ojczysty (jakby mniej) i wreszcie jesteśmy wolni, zadowoleni z siebie i z wykonanej pracy. Róbmy tak dalej, pełna izolacja za progiem.

Adam Zbigniew Gusiew

KTO NAS OKRADA?

Ostatnie dni minęły pod znakiem dwóch zdarzeń. Pierwsze to kabaretowe wystąpienie Maciarewicza (PiS) z gatunku Wisła się pali, albo Maciarewicz idzie na wojnę z Rosją. Nawet prokuratura nie chciała się fatygować ze ściganiem z urzędu zanim wcześniej nie wypowiedzą się lekarze. A - jeszcze jedno cudeńko w wykonaniu PiS to opowieści Hofmana ale nie te Offenbacha jeno naszego rodzimego, który pożyczkę dla MFW nazwał przekazaniem zachodowi gotówki.

Druga kwestia dotyczyła hipermarketów. W tej sprawie już wypowiadaliśmy się, ale że sprawa wróciła, więc i słowo komentarza. Nudne i niewłaściwe wydaje nam się zajmowanie pozycji wróżki, ale można sięgnąć do dokumentów, aby bez satysfakcji powiedzieć – a nie mówiłem. Nie ma co wracać do nieodwracalnych zaszłości. Warto natomiast zdać sobie sprawę ze skali w jakiej my jako Polska jesteśmy obierani z gotówki przez instytucje super i hiper marketów.

Umowa o swobodnym przepływie osób, towarów, gotówki i usług spowodowała, że rekiny zachodniego biznesu natychmiast zwęszyły interes. Z polskich przepisów wynika, że inwestujący u nas zachodni biznes przez pierwsze 5 lat działalności zwolniony jest z podatków bez względu na to jaki charakter ma działalność biznesowa. W taki sposób pragmatyczny (zachodni) kapitalizm nieodrodne dziecko natury i jak ona leniwy zarzucił Polskę hipermarketami, czytaj blaszanymi pudłami już dawno zamortyzowanymi ergo bez wartości.

Poważne inwestycje pozahandlowe można w Polsce policzyć na palcach jednej ręki.

Mechanizm niepłacenia podatków jest prosty. Koszty w najlepszym przypadku równają się zyskom, rachunek zysków i strat = 0 podatek CIT= 0. Jeżeli jest inaczej księgowy leci z roboty, a następny już będzie wiedział co ma robić. Swoboda przepływu kapitału powoduje że Hans, Johnny, czy Pedro, wcale nie muszą się starać o to, żeby faktyczny nielegalnie uzyskany zysk legalnie wytransferować z Polski. Robią to oficjalnie przy pomocy prywatnych kont bankowych. Życie znowu wyprzedziło nasze przepisy i oczywiście zaskoczyło. No przecież my polskie pawie i papugi narodów nie będziemy zajmowali się tym co zawsze było domeną żydostwa.

My się handlem brzydzimy i odpowiada nam w tej sprawie doktryna Akwianty. Ale jego teoria nie dotyczy Kościoła r.k. tylko maluczkich. O tym wie już cały świat z wyjątkiem bogobojnych Polaków, którzy olewają najpotężniejszą i zarazem najmniej skomplikowaną lokomotywę rozwoju postępu i cywilizacji; czyli handel. Mało tego, nie potrafimy zabezpieczyć naszego budżetu przed okradaniem. I proceder kwitnie.

A oto zgrubny rachunek nieuzyskanych przychodów budżetu, czyli skarbu państwa. Super i hipermarketów w całej Polsce jest 4500. Przyjmijmy (bo brak dokładnych danych), że obrót dzienny każdego z nich wynosi 500 000 zł. Nie liczymy zyskowności. Obrót roczny tych podmiotów jak obliczyliśmy wynosi 787 500 000 000. Zysków z CIT-u. Zarządzić jeden (1%) od obrotu zamiast podatku od zysku, którego i tak nie oglądamy a w budżecie znajdzie się prawie 8 miliardów złotych. Zróbmy zestawienie nieuzyskanych a należnych przychodów państwa.

8 miliardów złotych z powyższego

6 miliardów likwidacja OFE

3 miliardy apanaże dla Krk

6 miliardów minimum z powodu prawdziwej reformy służby zdrowia

23 miliardy złotówek nie wpływa do budżetu z powodu niewłaściwego pełnienia obowiązków przez urzędników i polityków. O własny, czyli państwa interes trzeba dbać.

Adam Zbigniew Gusiew

LEKCJE HISTORII

Lekcje historii – nauka historii w szkołach ponadpodstawowych. Spór idzie o ilość godzin lekcji i zakres problematyki. Nie znamy istotnych powodów dla majstrowania przy godzinach lekcyjnych czy zakresie problematyki historii, bo powody podane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej mają naturę raczej techniczną. Tymczasem ponoć lepiej poinformowani widzą w tym posunięciu zagrożenie(?) dla rozwoju duchowego młodzieży, której dotykać będzie mniejsza liczba godzin historii.

 

Jako mniej doinformowani sprawę widzimy tak. Jeżeli zakres przedmiotu będzie gwarantował młodzieży wiedzę na poziomie średniego wykształcenia wg dotychczas obowiązujących norm to O.K. Jeżeli poziom będzie zaniżony to oczywiście źle. Czy dotychczasowy system gwarantował obywatelowi z cenzusem odpowiednią wiedzę moim zdaniem tak, ale… moja opinia w tej sprawie może być skażona indoktrynacją, jakiej doświadczałem w pobierając nauki w czasach czerwonej władzy.

 

Przyznać muszę, że wiedzy uzupełnionej edukacją domową wstydzić się nie muszę. Tym bardziej, jak mówił mój śp. Ojciec, z historią jak z bratem jaka łajza się urodzi taka musi być i nic nigdy tego nie zmieni. Takie postawienie sprawy spowodowało, że mój stosunek do historii stał się mniej emocjonalny a nawet ambiwalentny. Ot – było, działo się i tyle.

 

Mówi się że historia jest matką nauk. To prawda taka sama jak ta, że Polacy swojej matki nie kochają. Od czasów biskupa Ignacego Krasickiego (XVIII wiek) przez okres Młodej Polski i S. Wyspiańskiego (przełom XIX w.) do wieku XXI my Polacy dowodzimy, że historię znamy, ale ta wiedza w ogóle nam nie przeszkadza. Cóż taka nacja. Różnie wychodziliśmy na lekceważeniu historii, ale zawsze mieliśmy odruchy patriotyczne.

 

Tymczasem powstał IPN i ta instytucja jest o tyle groźna dla wiedzy ogólnej, że cenzuruje historię, przyczepia jej łatki, gdzie indziej pudruje, generalnie ją interpretuje. Z tej interpretacji wychodzi, że historia przestaje być rodziną, która jest taka jaką się urodziła i łajza inną nie będzie, ale będzie taka jak ją firma zinterpretuje. Takiej wiedzy odmawiamy waloru nauki, to brutalna indoktrynacja, mitologia nie mająca nic wspólnego z rzetelną wiedzą.

 

Oprócz IPN-u podobnymi praktykami popisał się sejm, podejmując uchwałę o kombatanctwie dla uczestników WIN i NSZ. Cywilizowani Niemcy rozliczając się własną historią wyrzekli się formacji SS uznając ją za formację zbrodniczą. My organizacje zbrodnicze stawiamy w równym rzędzie z formacjami żołnierzy, których “żołnierze wyklęci” mordowali. Lekcje takiej historii w normalnym państwie winny być eliminowane, przestrzegamy więc przed majstrowaniem przy takiej nauce, o ile ma to być nauka historii.

 

Adam Zbigniew Gusiew

DEREGULACJA

Nasz sejm to bardzo dziwne miejsce. Tak jakoś się dzieje, że ktokolwiek tam wejdzie wcześniej czy później musi doznać zaćmienia umysłu. Dziś zaćmionym okazał się kolejny historyk z obozu premiera – pan Gowin. Pan Gowin jest również filozofem i pewnie dlatego, zanim doznał zaćmienia umysłu, trwał w sejmie aż dwie kadencje i jedną w senacie.

 

Było tak. Ten świetnie wykształcony poseł został trafiony przez prezydenta posadą ministra sprawiedliwości. A ponieważ prezydentowi się nie odmawia, więc pan Gowin posadę ministra przyjął i szparko zabrał się do roboty. Robota ciężka, odpowiedzialna, bo m.in. dotyczy deregulacji. Ta tajemnicza robota przez niektórych nazywana jest reformą systemową i jak wszyscy dobrze wiedzą polega zwykle na rozpie…. tego co nieźle działało, ale było pomysłem czerwonego, czyli niesłusznego. Ciężka robota pana ministra zaowocowała rozruchami w kraju.

 

Protestują wszystkie cechy rzemieślnicze (naukowo nazywane korporacjami). Czy słusznie ? Chyba tak, bo jeżeli pominiemy fakt że historycznie rzemiosło od prawieków zrzeszało się w cechy z najrozmaitszych profesji, krawców, szewców, dorożkarzy, taksówkarzy, rymarzy, kominiarzy, to likwidacja historycznych systemów jest wyrazem hiper arogancji a brak poszanowania dla tradycji i obyczaju to dokonanie godne rewolucji polpotowskiej.

Owe cechy rzemiosł przeróżnych dbały między innymi o jakość wiedzy i praktycznych umiejętności kandydatów na czeladników, późniejszych mistrzów w fachu. Z czasem większość tych funkcji przejęły szkoły zawodowe, ale że były z niewłaściwego nadania szkoły te zostały zlikwidowane (oczywiście przez słuszną i światłą władzę). Jakie skutki powodowała ta powolna likwidacja praktycznej nauki zawodu? – Spróbujcie znaleźć zduna, cieślę, stolarza meblowego, kowala. Te zawody są na wymarciu.

 

Ostatni specjaliści wykształceni w polskich szkołach zawodowych stali się naszym świetnym towarem eksportowym. Z dumą prezentowany na plakatach był onegdaj hydraulik, który do Francji na saksy. Ludzie ci wyjechali i małe są szanse na to że wrócą tu. Nowych kandydatów na fachowców nie kształci się więc, minister (z zawodu historyk) rzucił hasło: ratuj się kto może i jeżeli czujesz powołanie do fachu to pal diabli wiedzę, szkoda czasu na naukę, bierz się chłopie za robotę.

 

Podobnie działał w minionym stuleciu niejaki Dżugaszwili zwany Stalinem. Ale jak zobaczył, że bez fachowców wojnę przegra, zaraz przeprosił się z białymi oficerami z wiadomym skutkiem. Ale to pan minister z zawodu, jak pamiętamy historyk, powinien to wiedzieć. Niech nas Pan Bóg broni przed amatorszczyzną. Niech Pan Bóg ma nas w swojej opiece jak zajmie się nami niedouczony lekarz, do którego autobusem dowiezie nas człowiek bez kwalifikacji, a mieszkanie naszym dzieciom sprzeda facet, który nie rozumie sensu zapisu w księdze wieczystej i sprzeda nam mieszkanie z lokatorami.

Panie Gowin - fachowcy, rzemieślnicy i inni specjaliści to nie to samo co posłowie czy ministrowie. Wszyscy ci ludzie, specjaliści, odpowiadają za swoje czyny, a pan nie. Każda głupota, której się dopuścicie, przejdzie wam bez konsekwencji. Specjalista odpowiada w najlepszym razie karnie za powierzony mu sprzęt lub materiał, w najcięższym przypadku za nasze zdrowie czy życie. Za każde uchybienie macie dla nich arsenał wyszukanych pieszczot zapisanych w opasłych księgach kodeksów.

 

Tak nie wolno postępować. Już pański kolega dokonał podobnego manewru -wygonił specjalistów za sterami samolotu i posadził ludzi bez odpowiedniej wiedzy, co zakończyło się tak jak musiało – katastrofą .Teraz kombinuje kto mu zepsuł samolot i zabił brata. Niech pan nie idzie w tym kierunku. To już sprawdzona bardzo zła metoda. A w ogóle niech pan nie robi tego na czym pan się nie zna.

 

Adam Zbigniew Gusiew

ZA PODWÓJNĄ GARDĄ

Pierwszy sukces to prywatyzacja czyli komercjalizacja służby zdrowia, zakończona ciężką wielomiesięczną awanturą (dyskusją), w której ciemny naród nie pojmował fundowanych mu przez rząd dobrodziejstw. Nowy system cichaczem jest wprowadzany i całkiem głośno daje ciała. Za ten neoliberalny cud awansem na stanowisko marszałka sejmu została wywianowana styrana ciężką pracą pani minister Ewa Kopacz.

 

Następnym “osiągnięciem” była “reforma” OFE z panem Bonim ale wybory przerwały ten żałosny spektakl. Po wyborach zdrowiem zajął się pan Bartosz Arłukowicz, “spadochroniarz” z SLD. Jego ministrowanie zapisane będzie jako skandal z lekami, awantura z lekarzami, aptekarzami itp. Skandal lub jak kto woli afera przykryta została szybciutko przez sprawę ACTA z ministrem Bonim. Tu rząd (czytaj premier) skapitulował przed ulicą, którą tym razem zapełniła wku... do białości młodzież. Ona też pokazała podskakującemu premierowi gest Kozakiewiczai Udowodniła że w razie potrzeby jest w stanie zablokować i zablokowała rządowe serwery. Jak Graś oświadczył że to przypadek serwery odmówiły współpracy na znacznie dłuższy czas. Rząd wycofał się z ratyfikacji.

 

Żeby ratować twarz premier wymyślił nagle, że z tylko jemu znanych powodów ( pewnie w odwecie za poniesione porażki, wszystkim wydłuży wiek w jakim będzie można przejść na emeryturę - kobietom z 60, zaś mężczyznom z 65 do 67 lat. Widzimy tu dokładnie deklarowaną troskę o równość płci. Inne płcie na razie bez zmian, na garnuszku rządu. Na razie, bo tuszę, że Ruch Palikota, którego w tym miejscu pozdrawiamy, skutecznie dopilnuje państwowej kasy, w której dzięki nim po stronie “ma” państwo zanotuje dodatni wynik, zaś ciężar kryzysu solidarnie poniesie społeczeństwo.

 

Pomysł podniesienia wieku przejścia na emeryturę tak zachwycił społeczeństwo, że o mały włos nie wywołał rewolucji, więc arcymistrz uniku wrzucił na tapetę reformę PKP wyciągając z gabinetu cieni następnego specjalistę ds. transportu, a mianowicie ministra Nowaka, który zasłynął z tego, że jest zapatrzony w swojego pryncypała i snobuje się na niego. To niewątpliwa kwalifikacja, ale ze swoich braków jednak pan minister Nowak chyba zdaje sobie sprawę. Ta świadomość zaskutkowała odwołaniem dotychczasowego zarządu i powołaniem na stanowisko prezesa spółki PKP zdolnego młodziana, który ma rekomendację pana (o mało co profesora) L.Balcerowicza, u którego terminował a nawet ów zdolny młodzian był jego (L.B.)doradcą, co jest o tyle ciekawe że jak wieść gminna niesie Balcerowiczowi mógł doradzać jedynie sam Balcerowicz.

 

Młodzian ów jest specem od finansów i jako żywo wg pana ministra świetnie nadaje się do kierowania firmą, która od 1926 roku była firmą państwową. Pan minister Nowak przed odpowiedzialnością za swoją decyzję schował się za podwójną gardą. Bo - po pierwsze, wybrał młodego i dobrze wykształconego, a po drugie - z rekomendacją L Balcerowicza. Naszym zadaniem taka dupokrytka pana ministra jest dość cienka, bo rekomendacja L. B to marna gwarancja sukcesu i aby pozostać w konwencji świata finansów to my rekomendowalibyśmy wartość tej rekomendacji za na poziomie “1C”.

 

I rada całkiem za darmo dla nowego prezesa spółki. Jeżeli pan minister naprawdę dał panu wolną rękę, to przywróć pan porządek zaproponowany przez II Rzeczpospolitą niekwestionowany nawet przez komunę. O przepraszam, zapomniałem że panu nie wolno tego zrobić, pan musi poruszać się w granicach wyznaczonych doktryną neoliberalną, której pan L.B. i Tusk są ostatnimi w świecie wyznawcami. To zły znak dla pana i choć dobrze życzymy wszystkim młodym to ta doktryna stanie się grobem kolejnego przedsięwzięcia rządów pana Tuska.

 

Tymczasem jego urzędnicy udają że nic się nie dzieje. Nie potrafią korzystać z instrumentów jakie daje im władza. To praprzyczyna wszelkich klęsk pana Tuska i jego rządu . Ale to wszystko premier z zawodu historyk powinien wiedzieć. Tymczasem tydzień za tygodniem upływa pod znakiem tragedii smoleńskiej.

 

Adam Zbigniew Gusiew

Ruch Odrodzenia Gospodarczego im. Edwarda Gierka

ul. Hoża 62 lok 68, Warszawa

Adres do korespondencji:

82-110, Sztutowo ul. Zalewowa 10G lok. 9

e-mail: zbyszek.sowa@poczta.fm

© 2018 Ruch Odrodzenia Gospodarczego. Wszelkie prawa zastrzeżone.